Patryk Stec: Jako specjalista od produkcji telewizyjnej i transmisji sportowych – jak ocenia Pan ten turniej mistrzostw świata pod kątem realizatorskim? Czy coś przykuło Pana szczególną uwagę?
Marcin Serafin: Mówiąc szczerze, nie dostrzegłem tam żadnych wielkich nowości. Wynika to jednak z faktu, że poziom techniczny i technologiczny produkcji mistrzostw świata jest już tak wyśrubowany, że trudno wymyślić rozwiązania, które stanowiłyby dla widza spektakularny efekt „wow”. Od dłuższego czasu mundiale czy mistrzostwa Europy są produkowane na absolutnie najwyższym, topowym poziomie. Patrząc jednak na to, jak pracuje nasza ekipa w Ekstraklasa Live Park, uważam, że pod względem jakości realizacji absolutnie nie ustępujemy temu, co widzieliśmy na mistrzostwach świata.
Czy był tam jednak choć jeden element, który chciałby Pan przenieść z transmisji mundialowych do realizacji meczów PKO BP Ekstraklasy?
Nie zauważyłem rozwiązań ani pomysłów, które chcielibyśmy bezpośrednio skopiować. Poziom realizacji jest już tak dopieszczony przez globalne ekipy, że na tę chwilę trudno dodać coś rewolucyjnego. Oczywiście, mundial jest produkowany przy użyciu 30-40 kamer, ale z naszego, polskiego punktu widzenia, dokładanie kolejnych obiektywów niewiele już zmienia. W Stanach Zjednoczonych specyfika odbiorcy wymaga na przykład częstego pokazywania celebrytów na trybunach – stąd tak duża liczba kamer. U nas, w realiach Ekstraklasy, taki format nie miałby aż racji bytu.
Kwestia znanych osób na trybunach to jedno – wiemy przecież, jak wygląda loża VIP chociażby na meczach reprezentacji Polski na PGE Narodowym. Kibiców mocniej zelektryzowała jednak inna nowość, czyli tzw. „hydration break”. Na początku przerwy na nawodnienie wydawały się mało inwazyjne – TVP pokazywało tzw. L-screen z autopromocją, gdzie w mniejszym oknie widzieliśmy pijących piłkarzy. Od fazy pucharowej w tych przerwach zaczęły się jednak pojawiać standardowe, pełne spoty reklamowe. Co Pan sądzi o takim przerywaniu gry? Część kibiców narzeka, że to sztuczne dzielenie meczu na kwarty.
Mnie osobiście to w ogóle nie przeszkadza. Powiem więcej – doskonale rozumiem ideę stojącą za tym rozwiązaniem. Sam jestem członkiem zespołu zajmującego się sprzedażą praw telewizyjnych w Ekstraklasie. Ligi i federacje chcą sprzedawać prawa za coraz większe pieniądze, a nadawcy muszą te ogromne nakłady jakoś zmonetyzować. Uważam, że taka naturalna przerwa w grze stanie się stałym elementem transmisji w ciągu najbliższych kilku lat. Rozumiem, że dla ortodoksyjnego widza jest to kontrowersyjne, ale znam kraje, w których bloki reklamowe w trakcie gry funkcjonowały już wcześniej i tamtejsi kibice są do tego przyzwyczajeni. Z punktu widzenia biznesu telewizyjnego to świetne narzędzie marketingowe. Zresztą amerykańska stacja Fox dzięki tym przerwom praktycznie sfinansowała sobie koszt zakupu praw do turnieju.
Dla mnie jako widza pełna reklama była już nieco uciążliwa, bo lubię śledzić meczowe „didaskalia” i to, co dzieje się wokół boiska.
Dlaczego jeszcze tutaj nie użyć mikrofonu jak w wypadku siatkówki? To byłoby bardzo ciekawe urozmaicenie i technologiczny dodatek do transmisji. Sam należę do zwolenników „hydration break”. Rozumiem kontrowersje, ale to naturalny kierunek rozwoju rynku. Myślę, że w przyszłości to sami nadawcy telewizyjni zaczną wymuszać na federacjach i ligach wprowadzanie takich przerw.
Czy to oznacza, że w najbliższym czasie możemy spodziewać się podobnych rozmów w Polsce? Czy Canal+ kontaktował się już z Ekstraklasą w tej sprawie?
Nie, nie prowadziliśmy jeszcze żadnych rozmów na ten temat. Trzeba pamiętać, że kluczowa jest tu zmiana przepisów gry przez IFAB, FIFA czy UEFA. Przerwa musi być usankcjonowana prawnie, aby można było w niej legalnie umieścić blok reklamowy. Jeśli globalne federacje dadzą zielone światło na stałe wpisanie tego elementu do przepisów, wtedy zapewne ruszy dyskusja na poziomie lokalnym. Prywatnie uważam, że format L-screenu był przyjemniejszy dla oka niż pełny spot, ale pełna reklama jest oczywiście droższa i lepiej się monetyzuje.
Przejdźmy do samej Ekstraklasy. Przeciętny kibic zapewne nie zdaje sobie sprawy, jak potężnym przedsięwzięciem logistycznym i biznesowym jest Ekstraklasa Live Park. W każdy weekend macie do wyprodukowania dziewięć sygnałów telewizyjnych. Jak wygląda to od kulis? Ile osób pracuje przy takim projekcie i jak dzielicie siły?
Zacznijmy od kwestii technicznych. Jako Ekstraklasa Live Park jesteśmy właścicielami dwóch zaawansowanych wozów transmisyjnych. Przy standardowej kolejce rozciągniętej od piątku do poniedziałku nasza bezpośrednia ekipa techniczna, używając tych dwóch pojazdów, realizuje siedem z dziewięciu spotkań. Oznacza to, że w ciągu jednego weekendu jeden wóz obsługuje trzy mecze, a drugi aż cztery. Inżynierowie i technicy pracują na pełnych obrotach. Podobnie wygląda to u realizatorów, choć w ich przypadku staramy się ograniczać obciążenie do maksymalnie dwóch-trzech meczów na weekend, aby zachować niezbędną świeżość i koncentrację. Przy produkcji pojedynczego meczu, w zależności od jego rangi, pracuje średnio od 40 do 50 osób.
Czyli praca producentów czy realizatorów wygląda zupełnie inaczej niż standardowy tydzień roboczy od poniedziałku do piątku. Dla Was to weekend jest absolutnym apogeum.
Ludzie, którzy tworzą te transmisje, to w dużej mierze freelancerzy, a nie pracownicy etatowi – tak skonstruowany jest rynek produkcji telewizyjnej na całym świecie. Nie muszą siedzieć w biurze, gdy nie ma rozgrywek. Współpracujemy na stałe z pięcioma lub sześcioma czołowymi realizatorami w kraju, którzy specjalizują się w piłce nożnej. Oczywiście w wolnym czasie realizują też inne dyscypliny sportowe dla innych stacji i jest to całkowicie naturalne. Logistyka ich pracy w weekend polega na ciągłej podróży – kończą mecz w jednym mieście, wsiadają w pociąg lub autobus, jadą do kolejnego, tam nocują i następnego dnia realizują kolejne widowisko. Dużym ułatwieniem jest nasza dodatkowa ekipa zlokalizowana na Śląsku i we Wrocławiu, która ze względów geograficznych może sprawniej obsłużyć mecze w tamtym regionie niż ekipa wysyłana z Warszawy.
A jakie inne ciekawe projekty sportowe, poza rodzimą ligą, ma na swoim koncie Ekstraklasa Live Park?
Z projektów piłkarskich produkowaliśmy w całości dla Canal+ oraz UEFA Superpuchar Europy, który odbył się w Warszawie. Realizowaliśmy także Mistrzostwa Świata U-20, a nasza ekipa współtworzyła sygnał z finału Ligi Europy w Gdańsku. Ponadto przez cztery lata odpowiadaliśmy w całości za produkcję całego studia, które posiadała platforma Viaplay w Polsce – to było ogromne przedsięwzięcie operacyjne. Nasze wozy transmisyjne są regularnie wynajmowane przez inne stacje, w tym przez Telewizję Polską, przy okazji meczów reprezentacji Polski czy spotkań w europejskich pucharach. Przez długi czas produkowaliśmy również wszystkie mecze piłki ręcznej pokazywane na antenach Canal+. Robimy tego naprawdę dużo.
Wracając do rozgrywek krajowych – czy wprowadziliście ostatnio jakąś nowinkę technologiczną, która wyjątkowo dobrze przyjęła się wśród kibiców?
Od pewnego czasu mocniej niż na czystą technologię stawiamy na storytelling. Uznaliśmy, że dokładanie kolejnych kamer nie sprawi nagle, że Canal+ drastycznie zwiększy liczbę abonentów, a generuje to potężne koszty. Pracujemy obecnie nad kilkoma niestandardowymi, rzadko spotykanymi na rynku rozwiązaniami. Jesteśmy w fazie testów i nie chcę zapeszać, ale być może część z nich wdrożymy jeszcze w tym sezonie, a część wejdzie w nowym cyklu praw mediowych od przyszłych rozgrywek.
A czy jest coś, co na sto procent pojawi się w transmisjach w najbliższym sezonie i o czym może Pan już opowiedzieć?
Tak, w tym sezonie na meczach produkowanych przez nasz wóz 4K wdrożymy technologię opartą na sztucznej inteligencji (AI). Pozwoli ona na generowanie powtórek w jeszcze wyższej jakości i przy o wiele większym spowolnieniu obrazu – w trybie extreme slow motion.
Rozumiem, że to rozwiązanie będzie dedykowane głównie sytuacjom stykowym i kontrowersjom sędziowskim, jak zagrania ręką czy pozycje spalone przy bramkach?
Mówiąc szczerze, nie wprowadzamy takiego podziału. Będziemy używać tego systemu przy normalnych, standardowych powtórkach meczowych, aby podnieść estetykę transmisji. Nie zamykamy się wyłącznie na kontrowersje.
Ciekawym trendem, który od kilku sezonów obserwujemy m.in. w hiszpańskiej La Liga, jest wpuszczanie kamer telewizyjnych do szatni drużyn bezpośrednio przed meczem. Jedynym klubem, który się na to nie zgodził, jest Real Madryt – dlatego podczas meczów na Santiago Bernabeu zamiast ujęć z szatni oglądamy szeroki kadr na stadion. Jak Pan ocenia ten pomysł? Czy to sprawdziłoby się w Ekstraklasie?
W przeszłości testowaliśmy już podobne rozwiązania i uważam, że to świetne urozmaicenie transmisji. Pokazujemy widzowi miejsce dla niego „święte” i na co dzień całkowicie niedostępne. Pojawia się tu jednak problem czysto antenowy. Pomiędzy przedmeczowym studiem a wyjściem piłkarzy z tunelu Canal+ emituje stały blok reklamowy. Mówiąc wprost – w obecnej ramówce nie mamy wolnej przestrzeni, by te ujęcia wyemitować na żywo. Nie chcemy oszukiwać kibiców i pokazywać wcześniej nagranych materiałów z szatni w momencie, gdy zawodnicy stoją już w tunelu. Jeśli jednak w przyszłości znajdziemy na to przestrzeń w scenariuszu transmisji, chętnie do tego pomysłu wrócimy.
Gdyby miał Pan prognozować przyszłość transmisji sportowych – gdzie będziemy za 5 lat? W jakim kierunku rozwinie się ta technologia?
Tradycyjny przekaz telewizyjny utrzyma się na zbliżonym poziomie do obecnego. Jako widzowie jesteśmy przyzwyczajeni do określonego sposobu realizowania meczów. Oczywiście sprzęt będzie ewoluował, wejdzie standard 4K HDR, pojawią się wspomniane systemy AI, ale dla przeciętnego widza nie będą to zmiany drastyczne. Największego przełomu i pola do popisu upatruję w rozwoju tzw. „second screena” oraz platform OTT. W świecie streamingu internetowego możemy równolegle obok standardowego sygnału telewizyjnego zaoferować alternatywną, w pełni interaktywną transmisję.
Mam tu na myśli urozmaicenie obrazu o elementy graficzne znane młodemu pokoleniu z gier takich jak EA Sports FC. Wyobrażam sobie sytuację, w której kibic siedzi w pubie z przyjaciółmi, nie słucha komentarza audio, ale dzięki transmisji OTT widzi nad biegającymi piłkarzami dynamiczne znaczniki z ich nazwiskami czy statystykami w czasie rzeczywistym. Taka interaktywność to kierunek, który na sto procent będzie się rozwijał najszybciej.