Patryk Stec: Sezon transferowy w pełni. Dla kibiców to czas ekscytacji, a dla prawnika sportowego? Jak bardzo różni się Twój harmonogram pracy w lipcu czy sierpniu od pozostałych miesięcy w roku?
Michał Konieczny: Najogólniej mówiąc, odkąd współpracuję z zawodnikami i klubami, w zasadzie od czerwca do połowy sierpnia doba jakby się wydłuża (śmiech). Staram się trzymać kalendarza, bo i tak mam wrażenie, że za dużo pracuję, jednak zmiany przynależności klubowych, nowe kontrakty, aneksy przedłużające i inne czynności związane z oknem transferowym powodują, że ciężko zaplanować spokojny weekend – a o weekendzie bez telefonu nawet nie wspomnę. Jeżeli w pozostałych miesiącach „normalnej” pracy prawniczej dajemy z siebie 100%, to końcówka poprzedniego sezonu i czas przed następnym to takie mocne 180-200%.
Klasyka gatunku. A jak to jest z tymi transferami dopinanymi na ostatnią chwilę, podczas słynnego Deadline Day? Z boku wygląda to jak totalne szaleństwo. Czy z punktu widzenia konstrukcji kontraktów takie działanie pod presją czasu niesie za sobą duże ryzyko? Co najczęściej wpisuje się wtedy, kolokwialnie mówiąc, na kolanie?
To nie do końca jest tak, że te kontrakty są pisane na kolanie, chociaż nie ukrywam, że raz w życiu, kilka lat temu, zdarzyło mi się pisać kontrakt na telefonie. Byłem na urlopie i ten jeden jedyny raz nie zabrałem ze sobą laptopa (śmiech). Najczęściej w takich sytuacjach na ostatnią chwilę dopina się kwestie dotyczące premii zawodnika albo jego agenta, ewentualne bonusy za działania marketingowe i tym podobne szczegóły. Zawodnik jest w zasadzie zdecydowany, agent i klub także, ale obie strony do końca testują, ile można jeszcze „wyszarpać”. Te rozmowy często trwają po nocach, a następnego dnia o 9:00 rano widzisz już w mediach komunikat, że dany zawodnik zasilił nowy zespół.
Biznes kocha takie emocje, ale dla prawnika to pewnie spore wyzwanie. Reprezentujesz zarówno kluby, jak i zawodników. Jak udaje Ci się zachować balans i obiektywizm w negocjacjach? I przede wszystkim – kto w dzisiejszych realiach polskiego sportu przychodzi do Ciebie lepiej przygotowany biznesowo?
Nie prowadziłem nigdy statystyk, ale z uwagi na to, że większe kluby mają już tak zwane „służby prawne” – czyli albo zewnętrzne kancelarie, z którymi stale współpracują, albo wewnętrzne działy prawne – wydaje mi się, że to jednak kluby bywają lepiej przygotowane. Z drugiej strony, coraz więcej agentów piłkarskich robi dokładnie to samo. Współpracują z prawnikami, a co za tym idzie, potrafią bardzo twardo walczyć o interes swojego zawodnika – no i oczywiście o swój własny (śmiech).
No właśnie, agenci. Saga transferowa to przecież nie tylko relacja klub – klub, ale w dużej mierze rozmowy z menedżerami. Jak z Twojej perspektywy wyglądają te negocjacje? Czy ich prowizje i dodatkowe żądania bywają najtrudniejszym punktem do przeskoczenia przy finalizacji kontraktu?
Nie oszukujmy się, każdy wykonuje swoją pracę dla pieniędzy. Zdarza się, że warunki kontraktu z zawodnikiem są w zasadzie dopięte, a negocjacje z agentem potrafią trwać znacznie dłużej. Siłą agentów są moim zdaniem ich kontakty i doświadczenie w branży. Im więcej zawodników mają w swojej „stajni”, tym ich pozycja na rynku staje się silniejsza. Chociaż w praktyce spotkałem się kiedyś z naprawdę znanym w świecie piłkarskim agentem, który pierwszy raz widział swojego zawodnika na żywo dopiero na posiedzeniu pojednawczym w Piłkarskim Sądzie Polubownym PZPN. Na szczęście to zdarza się już rzadko, ale przyznasz, że to dość smutne. Zawodnicy, często bardzo młodzi ludzie, nie mają pojęcia o tym, jak piłka wygląda od wewnątrz. Wierzą agentowi, bo na przykład kiedyś był piłkarzem i „na pewno się zna”, a potem wiążą się umową na kilka lat, z której trudno się wyplątać. Oczywiście nie chcę wrzucać wszystkich do jednego worka, bo są agenci, którym naprawdę zależy na ludziach i robią to także z pasji, a nie tylko dla pieniędzy.
Skoro mówimy o bezpieczeństwie zawodników i klubów – specjalizujesz się w rozwiązaniach, które pozwalają unikać przyszłych problemów prawnych, zamiast tylko je gasić. Jaki jest dzisiaj Twój „złoty standard” bezpiecznego kontraktu sportowego przy transferze gotówkowym? O jakie klauzule jako adwokat zawsze walczysz dla swojego klienta?
W mojej pracy zawodowej, a pracuję teraz głównie z biznesem, odkąd pamiętam starałem się rozmawiać z klientami i przygotowywać im umowy w taki sposób, żeby były dla nich w pełni zrozumiałe w każdym punkcie. Chodzi o to, aby obie strony dokładnie wiedziały, na co się godzą, na co nie, i jakie są „opcje wyjścia”, czyli zasady rozwiązania współpracy, kiedy ktoś będzie chciał zrezygnować. Te reguły są uniwersalne. W kontraktach sportowych też kluczowe jest, aby warunki były jasne, a umowa stanowiła pewne czytelne reguły gry, które akceptujemy. Oczywiście sytuacje życiowe i biznesowe się zmieniają, ale moim zdaniem nie da się utrzymać na siłę kontraktu sportowego tak, aby był on efektywnie wykonywany. Zapytałeś o konkretne klauzule i tutaj Cię rozczaruję – nie jestem w stanie wskazać jednej czy dwóch, które zawsze i wszędzie zabezpieczą klienta. Ważne jest dopasowanie umowy do rzeczywistości. Jeśli zawodnik ma indywidualny kontrakt z własnym sponsorem, który zakazuje mu noszenia obuwia konkurencyjnej marki, to logiczne, że musimy sprawdzić, czy kontrakt z nowym klubem nie jest w tym zakresie sprzeczny. Wtedy trzeba trochę ponegocjować, ale zapewniam, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Podsumowując – złotym standardem jest dla mnie po pierwsze czytanie umów, a po drugie dopasowanie ich do realiów. Papier przyjmie wszystko, ale finalnie – co z tego?
Święta prawda. A co z medycyną? Nagłówek „transfer wysypał się na testach medycznych” to klasyk w mediach sportowych. Jak z prawnego punktu widzenia konstruuje się umowy przedwstępne warunkowane wynikami badań? Czy klub może ot tak, bez konsekwencji wycofać się z transakcji, uznając, że stan zdrowia zawodnika odbiega od normy?
Czekałem na to pytanie, żeby w końcu odpowiedzieć jak klasyczny prawnik: „to zależy” (śmiech). Ale tutaj faktycznie wszystko zależy od tego, jak sformułowano umowę i co dokładnie wykazały badania. Jeśli w toku zakontraktowanych badań lekarz medycyny sportowej wykryje obiektywną, dotychczas nieznaną wadę lub kontuzję, która uniemożliwia uprawianie sportu profesjonalnego albo stwarza wysokie ryzyko permanentnego urazu, warunek zawieszający po prostu nie zostaje spełniony. W takim wypadku umowa nie wchodzi w życie. Klub nie musi płacić kwoty transferowej klubowi odstępującemu ani samemu zawodnikowi. Nie jest to traktowane jako zerwanie kontraktu, lecz jako naturalny skutek niespełnienia się warunku. Zupełnie inaczej wygląda to jednak, jeśli klub celowo manipuluje wynikami badań lub interpretuje drobne, naturalne u profesjonalnego sportowca „zużycie” stawów, które nie wpływa na zdolność do gry, jako „oblanie testów”. Wtedy możemy mówić o działaniu w tak zwanej złej wierze.
Czyli diabeł tkwi w szczegółach i intencjach. Idąc dalej – jak w nowoczesnych kontraktach reguluje się kwestie ubezpieczeń, długofalowej utraty formy czy nagłego zakończenia kariery tuż po transferze? Gdzie leży granica ryzyka transferowego, którą musi na siebie wziąć klub, a gdzie zawodnik?
Co do zasady – to drugie moje ulubione prawnicze sformułowanie – obowiązek ubezpieczenia zawodników uczestniczących w rozgrywkach organizowanych przez PZPN spoczywa na ich klubie. Zgodnie z przepisami, każdy zarejestrowany piłkarz musi posiadać ważne ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków (NNW). Zawodnicy profesjonalni i reprezentanci kraju podlegają dodatkowo obowiązkowemu ubezpieczeniu z mocy ustawy o sporcie. Kluby oczywiście zapewniają te ubezpieczenia w kontraktach, ale profesjonalni zawodnicy, a coraz częściej nawet rodzice młodych amatorów, ubezpieczają się także dodatkowo na własną rękę. W przypadku utraty formy ryzyko spoczywa na klubie. Musi on płacić zawodnikowi do końca obowiązywania kontraktu, nawet jeśli jego dyspozycja sportowa jest daleka od idealnej. Jeżeli natomiast mamy do czynienia z kontuzją lub wypadkiem, klub pokrywa koszty leczenia i płaci pensję, ale zazwyczaj transferuje te koszty finansowe na ubezpieczyciela. A jeśli chodzi o nagłe zakończenie kariery, to tu dużo zależy od powodu takiej decyzji. Jeśli stoi za tym poważny uraz lub choroba uniemożliwiająca grę, która nie została wcześniej zatajona przez zawodnika, może on otrzymać świadczenia od ubezpieczyciela, a klub negocjuje z nim rozwiązanie kontraktu za odprawą, żeby zwolnić miejsce w budżecie płacowym.
W SportBiznes.Info mocno patrzymy na aspekty marketingowe i wizerunkowe przy transferach. Jak przy zmianie barw klubowych zabezpiecza się prawa do wizerunku zawodnika? Kto ma do nich większe prawo w przypadku kontraktów sponsorskich – nowy klub czy sam sportowiec?
Topowi zawodnicy często mają już swoich własnych, dużych sponsorów i zawierając kontrakt z nowym klubem, trzeba po prostu wypracować kompromisy. Z mojego doświadczenia wynika, że jeżeli zawodnik występuje w barwach klubu – czyli przed meczem, w jego trakcie, podczas wywiadów pomeczowych czy na oficjalnych eventach klubowych – musi się dopasować do wymogów klubu jako instytucji. Wtedy to klub ma prawa do jego wizerunku. Jednak poza tą sferą zawodową to sam zawodnik decyduje, co może, a czego nie może na przykład nosić czy reklamować. Oczywiście to też bywa obwarowane klauzulami kontraktu z klubem czy bezpośrednim sponsorem. Na zachowanie zawodnika wpływa mnóstwo czynników. Jeśli natomiast chodzi o zawodników mniej znanych lub dopiero wkraczających w świat wielkiego sportu, szala zdecydowanie przechyla się na stronę klubu. To klub w tym przypadku dyktuje warunki.
No właśnie, młodzi zawodnicy to często spore wyzwanie, chociażby ze względu na ekwiwalenty za wyszkolenie. Polskie kluby potrafią sprawnie poruszać się w tych przepisach czy wciąż dochodzi tu do kosztownych błędów proceduralnych?
Szczerze? Ja sam nie lubię liczyć tych ekwiwalentów (śmiech). Na szczęście PZPN udostępnił w tym przypadku specjalny kalkulator, który trochę ułatwia sprawę. Ale mówiąc poważnie – jakiś czas temu jako kancelaria nawiązaliśmy współpracę z Dolnośląskim Związkiem Piłki Nożnej i uruchomiłem tam program „90 minut z prawnikiem”. Umożliwia on mniejszym klubom, których nie stać na stałą obsługę prawną, uzyskanie bezpłatnej porady telefonicznej lub mailowej przez 90 minut w tygodniu. Pierwszych pięć maili, jakie dostaliśmy na dedykowaną skrzynkę, dotyczyło właśnie obliczenia ekwiwalentu. To chyba najlepiej pokazuje, że te przepisy nie są do końca jasne albo po prostu jako środowisko nie do końca ogarniamy matematykę w sporcie (śmiech). Dla mniejszych klubów taki ekwiwalent rzędu kilku tysięcy złotych to potężny zastrzyk w budżecie. Można za to kupić nowe stroje, napoje na trening czy piłki, więc sprawa jest naprawdę poważna. O samych błędach proceduralnych trudno mi mówić, bo wszystkie ewentualne spory staram się rozwiązywać polubownie. Skierowanie sprawy do Sądu Polubownego jest często po prostu ekonomicznie nieuzasadnione.
Rozwiązania polubowne zawsze są najlepsze. W polskiej rzeczywistości, szczególnie w sportach halowych, wciąż funkcjonuje jednak pojęcie „listy transferowej” czy jednostronne rozwiązywanie kontraktów gwarantowanych, gdy zawodnik nie spełnia oczekiwań. Jakie prawa ma wtedy zawodnik i jak bronić go przed tak zwanym „Klubem Kokosa”?
Od zawodników wiem, że to nadal funkcjonuje, choć osobiście w swojej praktyce nigdy tego nie widziałem na własne oczy. Mam kolegę, też prawnika, w Rzeszowie, który zasiada w zarządzie jednego z klubów futsalu – muszę go przy okazji o to dopytać (śmiech). Wiesz, dużo zależy od samego kontraktu. Jeżeli zawodnicy z danej dyscypliny wiedzą, że takie sytuacje mają miejsce, powinni próbować się jakoś zabezpieczać na etapie podpisywania umowy. Nawet jeśli formalnie nie będą mogli tego zrobić, bo klub nie zgodzi się na poprawki, zawsze warto przed rozpoczęciem otwartej wojny usiąść do stołu negocjacyjnego. W zeszłym roku miałem kilka takich sytuacji w środowisku siatkarskim. Mimo skrajnie niekorzystnych umów dla zawodników, udało nam się dojść do porozumienia i to bez zbędnych afer w mediach.
To duża sztuka. A jak to wygląda z klauzulami odstępnego (buy-out clauses)? W polskich realiach biznesowych to standard czy raczej rzadkość? Jak precyzyjnie sformułować taki zapis, żeby klub sprzedający nie został z ręką w nocniku, a zawodnik miał realną ścieżkę odejścia?
Z mojego doświadczenia wynika, że im cenniejszy zawodnik, tym częściej takie klauzule pojawiają się w kontraktach. W dużym skrócie: wykonanie klauzuli odstępnego polega na zapłacie przez zawodnika lub klub, który chce go pozyskać, określonej kwoty do dotychczasowego klubu. Żeby taka klauzula była skuteczna, musi określać przede wszystkim termin jej wykonania oraz samą kwotę lub precyzyjny sposób jej ustalenia. Mówiąc najprościej: chcesz kupić zawodnika z klubu X, płacisz klubowi X kwotę Y w terminie Z. Albo jeśli to zawodnik chce odejść mimo ważnego kontraktu, płaci swojemu klubowi kwotę X i ma do tego prawo na przykład w drugim lub trzecim sezonie obowiązywania umowy. Nie będę tutaj rzucał konkretnymi paragrafami, ale zainteresowanych mogę odesłać do Uchwały Zarządu PZPN dotyczącej minimalnych wymagań dla standardowych kontraktów zawodników w profesjonalnej piłce nożnej.
Reprezentujesz klientów nie tylko przed sądami powszechnymi, ale też przed organami dyscyplinarnymi federacji sportowych. Z jakimi najtrudniejszymi sporami transferowymi musiałeś się mierzyć? Zdarzają się sytuacje, w których transfer zostaje zablokowany przez trwający spór prawny zawodnika z poprzednim pracodawcą?
W sprawach, którymi zajmuję się przed organami dyscyplinarnymi, najczęściej nie chodzi nawet o same transfery, ale o związane z nimi zaległe wynagrodzenia dla zawodników. Sam transfer, jeśli strony są dogadane, rzadko budzi większe kontrowersje. No, chyba że spóźnimy się o dwie minuty, jak w głośnej aferze z 2015 roku między Realem Madryt a Manchesterem United w sprawie Davida de Gei, gdzie wielomilionowa transakcja wysypała się, bo dokumenty wprowadzono do systemu FIFA dwie minuty po zamknięciu okienka. Ponieważ obracamy się w przepisach federacyjnych, które odwołują się do prawa powszechnego, arbitrzy nie mają tak dużej mocy sprawczej jak tradycyjny sąd. To sprawia, że na przykład bierność pozwanego klubu potrafi niesamowicie wydłużyć całe postępowanie.
Współpracujesz z klubami i zawodnikami od ponad dekady. Gdybyś miał dać jedną, najważniejszą radę dyrektorom sportowym i prezesom na czas okienka transferowego – jakich błędów powinni unikać za wszelką cenę, żeby nie skończyć w sądzie polubownym?
Przede wszystkim: grajcie fair. Jeśli uzgadniacie warunki transferu czy kontraktu z klubem, zawodnikiem lub agentem – bądźcie uczciwi. Drobny druczek działa w obie strony, pamiętajcie o tym.
Na koniec spójrzmy trochę w przyszłość. Jak według Ciebie zmieni się rynek transferowy i kontraktowy w najbliższych latach pod kątem technologii? Czy sztuczna inteligencja i automatyzacja wejdą do gabinetów przy analizie zapisów umownych, czy jednak czynnik ludzki i osobiste negocjacje adwokata zawsze pozostaną kluczowe?
AI jest niewątpliwie ogromnym ułatwieniem, pod warunkiem, że nie korzystamy z tych narzędzi bezrefleksyjnie. Jeśli ktoś nadal będzie ręcznie analizował setki stron dokumentacji albo wymyślał koło na nowo, po prostu zostanie w tyle. Sztuczna inteligencja daje nam przewagę, bo znacznie szybciej wyciągnie kluczowe elementy z kilkunastostronicowej umowy, co niesamowicie przyspiesza cały proces. Pamiętajmy jednak, że to wciąż tylko narzędzie, za które ostatecznie odpowiada człowiek.