Patryk Stec: Zacznijmy od przedstawienia Immergas Polska. Czym zajmuje się firma, którą Pan zarządza?
Maciej Czop: Immergas jest włoską firmą, producentem urządzeń grzewczych, przede wszystkim kotłów gazowych i pomp ciepła. Mamy dwa zakłady produkcyjne w Europie, a w Polsce odpowiadamy za dystrybucję urządzeń, serwis oraz rozwój sieci naszych partnerów.
Ale jest jeszcze jeden obszar, o którym warto powiedzieć, bo dla mnie ma on duże znaczenie. To edukacja. Szkolimy instalatorów, serwisantów, dzielimy się wiedzą i doświadczeniem. Można więc powiedzieć, że jesteśmy również, w pewnym sensie, firmą szkoleniową. Nie jest to działalność, która bezpośrednio generuje nasze największe przychody, ale bez niej trudno byłoby budować odpowiedzialny biznes. Od lat jestem przekonany, że nawet najlepszy produkt nie wystarczy, jeżeli nie stoją za nim kompetentni ludzie, dobre relacje i zaufanie. I staramy się w ten sposób prowadzić naszą firmę.
Skąd w takim razie decyzja, żeby angażować się w sponsoring sportowy?
Nie było jednego momentu, w którym usiedliśmy przy stole i powiedzieliśmy: od dzisiaj inwestujemy w sport. To był proces. Zaczynaliśmy wiele lat temu w Łodzi, od rugby. Wspieraliśmy lokalną drużynę, poznawaliśmy zawodników, ludzi związanych z klubem. Przyszedł pierwszy tytuł mistrza Polski i oczywiście ogromna radość. Ale równie ważne było to, że zaczęliśmy rozumieć, czym sport jest dla tych ludzi i jak wiele znaczy dla lokalnej społeczności.
Później pojawiło się pytanie, czy możemy wykorzystać te doświadczenia również do budowania rozpoznawalności Immergas. Jesteśmy marką włoską, ale od trzydziestu lat działamy na polskim rynku. Chcemy być jego częścią, a nie wyłącznie firmą, która sprzedaje tutaj swoje produkty. Współpraca ze Spartą Wrocław była już świadomą decyzją biznesową. Od początku patrzyliśmy na nią również komercyjnie i nie widzę powodu, żeby to ukrywać. Sponsoring musi mieć uzasadnienie biznesowe. Natomiast bardzo szybko okazało się, że daje nam znacznie więcej niż samą obecność marki podczas wydarzeń sportowych.
Poznaliśmy ludzi, zaczęliśmy uczestniczyć w życiu klubu, przeżywać z nim sukcesy i porażki. Z czasem podobnie zaczęła wyglądać nasza współpraca z Projektem Warszawa. I chyba właśnie wtedy zrozumieliśmy, że najbardziej interesują nas takie partnerstwa, w których poza wynikiem sportowym jest coś więcej. Są ludzie, jest pomysł na rozwój, są wartości, z którymi możemy się utożsamiać. Nie jesteśmy firmą, która może pozwolić sobie na każdy sponsoring. Mamy określoną skalę działania i budżet. Dlatego tym bardziej zależy nam na tym, żeby podejmować dobre, przemyślane i zgodne z naszymi wartościami decyzje. I niekoniecznie wybierać tych, którzy są dzisiaj najwięksi czy najbardziej popularni.
Patrząc na Spartę Wrocław i Projekt Warszawa, można odnieść wrażenie, że jesteście z drużynami na dobre i na złe. Sparta po raz kolejny przegrała finał PGE Ekstraligi, a Wy nadal jesteście jej partnerem.
Bo nie można budować wieloletniej relacji, uzależniając ją od wyniku jednego meczu. Oczywiście, że chcieliśmy złota, tak samo jak zawodnicy i kibice. Sparta zakończyła rundę zasadniczą na pierwszym miejscu, oczekiwania były duże. Później przyszło spotkanie w Toruniu, dwadzieścia punktów straty i rewanż we Wrocławiu. Wszyscy marzyliśmy o tym, żeby zdobyć mistrzostwo właśnie tam, przed własnymi kibicami. Nie udało się. Zostało srebro, które obiektywnie jest dużym sukcesem.
Tylko co z tego wynika dla sponsora? Mamy uznać, że skoro drużyna nie zdobyła złota, to przestajemy w nią wierzyć? Dla mnie to byłoby zaprzeczenie sensu takiego partnerstwa. Zresztą bardzo podobną sytuację mieliśmy z Projektem Warszawa. Kiedy ogłaszaliśmy przedłużenie naszej współpracy o kolejne trzy lata, drużyna właśnie przegrywała mecz play-off, bodajże z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle. I dla mnie było to nawet symboliczne. Łatwo jest mówić o zaufaniu, kiedy wszyscy wygrywają. Znacznie więcej mówi o nas to, jak zachowujemy się wtedy, kiedy coś nie idzie zgodnie z planem.
Byłem na rewanżu Sparty we Wrocławiu i miałem wrażenie, że po pierwszej serii marzenia o złocie szybko się oddaliły.
Tak, ja też jestem realistą. Kiedy zobaczyłem wynik po pierwszej serii, wiedziałem, że odrobienie dwudziestu punktów będzie niezwykle trudne. Nie jestem człowiekiem, który liczy na cud tylko dlatego, że bardzo chciałby go zobaczyć. Ale proszę spojrzeć na ten wieczór z innej perspektywy. Pełny stadion, niesamowita atmosfera, ogromne emocje. Cały sezon pracy, który doprowadził drużynę do finału. Oczywiście, że sport rozlicza się z wyników. Zawodnicy trenują po to, żeby wygrywać. Nikt nie wychodzi na tor z myślą, że drugie miejsce będzie wystarczające.
Jednak ja patrzę również na to, co wydarzyło się wcześniej. Ile pracy zostało wykonane, jak zespół się rozwijał, z jakimi trudnościami musiał sobie poradzić. Złoty medal byłby pięknym zakończeniem. Ale jego brak nie przekreśla wszystkiego, co drużyna zrobiła.
Jakie wartości muszą łączyć sponsora i klub, żeby taka współpraca trwała przez lata? Na czym opiera się to zaufanie?
Przede wszystkim na ludziach. To może brzmi prosto, ale ja naprawdę przywiązuję do tego ogromną wagę. Chcę wiedzieć, z kim współpracujemy, jak ci ludzie traktują siebie nawzajem, jak podchodzą do zobowiązań, jak reagują w trudnych sytuacjach. Ważny jest dla mnie szacunek. Nie tylko ten okazywany sponsorowi, ale przede wszystkim wewnątrz organizacji. Ważne są odpowiedzialność, zaangażowanie, odwaga i konsekwencja. I gotowość do tego, żeby po porażce wrócić do pracy, zamiast szukać winnych.
Lubię przywoływać słowa, które Stan Wawrinka ma wytatuowane na ramieniu: w skrócie „Fail again. Fail better”. Można przegrać, ale trzeba próbować dalej i wyciągać z tego wnioski. W biznesie jest podobnie. Nie wszystkie decyzje okazują się trafne. Nie wszystkie plany udaje się zrealizować. Ważne, co robimy później.
Dlatego sponsoring nie jest dla nas wyłącznie umową, przelewem i logotypem. Oczywiście te elementy są ważne, bo mówimy o relacji biznesowej. Ale my chcemy znać ludzi, z którymi współpracujemy, rozumieć ich cele i wyzwania. Nie zamierzamy zarządzać klubem. Nie mamy do tego kompetencji ani takich ambicji. Natomiast cenimy otwartą rozmowę. Również wtedy, kiedy nie wszystko wygląda dobrze.
Pamiętam zwycięstwo Projektu Warszawa w Pucharze Challenge. Byłem na tym meczu. Emocje były nieprawdopodobne. I kiedy przeżywa się takie chwile wspólnie z zawodnikami, sztabem, ludźmi zarządzającymi klubem, te relacje stają się zupełnie inne. Nie jesteśmy już tylko firmą, której logo znajduje się na koszulce. Ale dla mnie równie istotne jest to, żeby po przegranym meczu móc normalnie spotkać się z tymi samymi ludźmi, porozmawiać, przybić piątkę. Bez szukania winnych i rozliczania ich z każdej nieudanej akcji. Bo właśnie wtedy sprawdza się, czy naprawdę jesteśmy partnerami.
Słuchając Pana, mam wrażenie, że jest Pan nie tylko sponsorem, ale również bardzo zaangażowanym kibicem. Sam uprawia Pan sport?
Nigdy nie byłem zawodowym sportowcem. Biegam, chodzę na siłownię, staram się być aktywny, ale robię to przede wszystkim dla zdrowia i własnego samopoczucia. Nie mam za sobą wielkiej kariery ani niespełnionych ambicji sportowych. Natomiast sport jest obecny w moim życiu również za sprawą córek. Obie trenowały, jedna nadal trenuje, więc miałem i mam okazję patrzeć na to wszystko także z perspektywy rodzica. I to jest bardzo ciekawe doświadczenie. Dopiero kiedy widzi się codzienność młodego zawodnika, zaczyna się rozumieć, ile kosztuje go rozwój. Nie tylko finansowo. Mam na myśli również czas, emocje, wyrzeczenia, życie całej rodziny podporządkowane treningom czy wyjazdom.
To wszystko sprawia, że mam do sportowców ogromny szacunek. A co do kibicowania, to rzeczywiście potrafię się zaangażować. Czasami nawet bardzo. Kiedy zna się tych ludzi, rozmawia z nimi, widzi ich pracę, to trudno później oglądać mecz zupełnie obojętnie. Pamiętam też nasze emocje związane z brązowym medalem Projektu Warszawa. Wydawało się, że odbierzemy go na Torwarze. Było już 2:0 w rywalizacji, przygotowywano podium, a jednak trzeba było jechać do Rzeszowa. Na meczu w Warszawie nie mogłem być z powodów zawodowych, więc później żartowałem z trenerem i zarządem, że specjalnie poczekali z tym medalem na mnie.
Pojechałem do Rzeszowa, wygraliśmy i mogliśmy razem świętować. Oczywiście ambicje były większe. Wszyscy liczyli na finał. Ale takie momenty też budują relacje. Zresztą sport ma z biznesem znacznie więcej wspólnego, niż czasami się wydaje. Potrzebne są dobry zespół, strategia, umiejętność podejmowania decyzji pod presją. I świadomość, że na rzeczywisty sukces pracuje się znacznie dłużej, niż trwa moment jego świętowania.
Czy Pana zdaniem w Polsce zbyt późno dostrzegamy sportowe talenty i zbyt późno zaczynamy w nie inwestować?
Myślę, że tak. Oczywiście nie chciałbym występować tutaj w roli eksperta od całego polskiego systemu sportu, bo nim nie jestem. Natomiast z moich obserwacji wynika, że mamy z tym poważny problem. Proszę spojrzeć na przykład na tenis. Mamy Igę Świątek, Magdę Linette, Magdalenę Fręch, jest Maja Chwalińska. Dzisiaj rozmawiamy o nich, śledzimy wyniki, kibicujemy. Ale przecież każda z tych zawodniczek miała za sobą wiele lat pracy, zanim pojawiło się szersze zainteresowanie. Ile podobnie utalentowanych dzieci nie dochodzi nawet do momentu, w którym ktoś ma szansę usłyszeć ich nazwisko?
To pytanie, które naprawdę warto sobie zadać. Niektóre dyscypliny mają dobrze zorganizowane systemy szkolenia i wsparcia. Ale w wielu przypadkach bardzo dużo zależy od rodziców, od ich zaangażowania, możliwości finansowych, czasowych, a czasami po prostu od szczęścia. Jeżeli dziecko trafi na odpowiedniego trenera, jeśli rodzice mogą opłacić zajęcia, wyjazdy i sprzęt, ma znacznie większą szansę na rozwój. A przecież talent nie wybiera sobie rodziny według zasobności jej portfela. I mnie osobiście trudno się z tym pogodzić.
Szczególnie że w niektórych dyscyplinach rodzice muszą dysponować naprawdę dużymi pieniędzmi.
Dokładnie. I ja trochę tego doświadczam również prywatnie. Czasami rozmawiamy o finansowaniu młodych sportowców tak, jakby chodziło wyłącznie o specjalistyczny sprzęt czy zagraniczne zgrupowania. A rzeczywistość bywa znacznie bardziej prozaiczna.
Ktoś musi zapłacić za dojazd na trening. Za udział w zawodach. Za obóz. Czasami za nocleg rodzica, który musi pojechać z dzieckiem. I nagle okazuje się, że nawet bardzo utalentowany młody człowiek nie może trenować na takim poziomie, na jakim powinien. A mówimy o ludziach, którzy naprawdę chcą pracować. Mają talent, determinację, są gotowi na wyrzeczenia. To jest właśnie najbardziej przykre. Nie rezygnują dlatego, że brakuje im ambicji. Czasami rezygnują dlatego, że kończą się możliwości ich rodzin.
Uważam, że powinniśmy znacznie więcej rozmawiać o tym, jak temu zapobiegać. I nie chodzi tylko o pieniądze. Chodzi również o odpowiedzialność klubów, związków sportowych, samorządów i biznesu. Oczywiście jedna firma nie zmieni całego systemu. Ale to nie znaczy, że nie może zrobić czegoś konkretnego i zarazić tym inne firmy.
Domyślam się, że właśnie z takich obserwacji narodził się Immergas Next Generation Team. Skąd wziął się pomysł na ten projekt?
To rzeczywiście był punkt wyjścia. Od lat współpracujemy ze sportem drużynowym. Ze Spartą Wrocław, z Projektem Warszawa. To są bardzo dobre relacje, z których jesteśmy dumni i które chcemy rozwijać. Natomiast im bliżej byliśmy sportu, tym więcej zaczynaliśmy dostrzegać rzeczy, których nie widać podczas transmisji telewizyjnych.
Za każdym wynikiem stoi przecież konkretny człowiek. Z własnymi ambicjami, problemami, czasami bardzo trudnymi decyzjami. I zaczęliśmy zastanawiać się, czy jako firma możemy zrobić coś więcej. Nie tylko wspierać zespoły, które już funkcjonują na wysokim poziomie, ale również pomóc młodym ludziom, którzy dopiero budują swoją sportową przyszłość. W sporcie, podobnie jak w biznesie, najłatwiej jest dołączyć wtedy, kiedy sukces jest już widoczny. Kiedy zawodnik zdobywa medal, trafia na pierwsze strony gazet, ma zainteresowanie sponsorów.
Tylko że on tego sukcesu nie osiągnął w dniu, w którym odebrał medal. Pracował na niego latami. I bardzo często właśnie wcześniej najbardziej potrzebował pomocy. Chcieliśmy więc odwrócić tę kolejność. Nie czekać, aż ktoś stanie na podium, żeby uznać, że warto go wspierać. Spróbować dostrzec potencjał wcześniej. Tak powstał Immergas Next Generation Team.
I od początku zależało mi na jednej rzeczy: żeby nie był to program, w którym sponsor przekazuje środki finansowe, a później czeka na wyniki i liczbę publikacji w mediach. Chcemy dać tym młodym ludziom coś, co w sporcie jest niezwykle ważne, a nie zawsze dostępne. Większą stabilność i poczucie, że nie są z tym wszystkim sami. Oczywiście nie rozwiążemy wszystkich ich problemów. Nie mamy też wpływu na to, jak potoczy się ich kariera. Ale możemy sprawić, że przez pewien czas będą mieli o jeden powód do zmartwień mniej. I będą mogli bardziej skoncentrować się na tym, co potrafią robić najlepiej.
Pierwszymi zawodnikami Immergas Next Generation Team zostali Hanna Mazur, Grzegorz Galica i Michał Niewiński. Dlaczego właśnie oni?
Od początku wiedzieliśmy, że nie chcemy wybierać zawodników wyłącznie na podstawie tabeli wyników. Oczywiście musieli mieć bardzo duży potencjał sportowy. To naturalne. Ale równie ważne było dla nas to, kim są jako ludzie. Jak podchodzą do pracy, jak mówią o swoich celach, jak radzą sobie z trudnościami. Czy mają świadomość tego, ile jeszcze przed nimi.
Z Michałem poznaliśmy się trochę przypadkowo. Zaczęliśmy rozmawiać, okazało się, że mamy wspólnych znajomych, i ta znajomość naturalnie się rozwinęła. W przypadku Hani i Grzegorza korzystaliśmy również z wiedzy osób, które na co dzień zajmują się sportem, znają zawodników i potrafią ocenić ich potencjał znacznie lepiej niż my. Było sporo rozmów, spotkań, analiz. Nie chcieliśmy podejmować decyzji pochopnie.
Ale powiem Panu, co zrobiło na mnie szczególne wrażenie. Przygotowywaliśmy materiały filmowe z całą trójką. Każdy z tych młodych ludzi rozmawiał osobno, nie znał odpowiedzi pozostałych. I kiedy później oglądałem te nagrania, zauważyłem, jak wiele mają ze sobą wspólnego. Inne dyscypliny, inne charaktery, inne historie, ale bardzo podobne podejście do sportu. Oni wiedzą, czego chcą. Wiedzą też, że niczego nie dostaną za darmo. Są świadomi, ile pracy muszą jeszcze wykonać.
I jest jeszcze jedna rzecz, która bardzo mi się w nich spodobała. Oni są dumni z siebie. Z tego, co już osiągnęli. Uważam, że to jest piękne. Czasami oczekujemy od młodych ludzi, żeby ciągle mówili o tym, ile im jeszcze brakuje, a oni potrafią docenić własny wysiłek i wyniki. Bez przekonania, że wszystko już osiągnęli. To bardzo dojrzała postawa. Michał, Hania i Grzegorz nie potrzebują, żebyśmy opowiadali im, jak ważna jest ciężka praca. Oni doskonale o tym wiedzą. Naszą rolą jest pomóc im tę pracę kontynuować.
Wspomniał Pan wcześniej o Mai Chwalińskiej. Firmy, które zaczęły ją wspierać, zanim stała się szerzej rozpoznawalna, mogą dzisiaj sporo zyskać wizerunkowo. Czy sponsoring młodych zawodników traktujecie również jako inwestycję?
Oczywiście. To jest inwestycja i nie chciałbym udawać, że jest inaczej. Zarządzam firmą, odpowiadam za jej wyniki i muszę podejmować decyzje, które mają biznesowe uzasadnienie. Sponsoring nie jest tutaj wyjątkiem. Natomiast pytanie brzmi: w co właściwie inwestujemy?
Można zapłacić bardzo duże pieniądze za współpracę ze sportowcem, który jest już na szczycie. Dostajemy rozpoznawalność, zasięgi, zainteresowanie mediów. W niektórych przypadkach to jest bardzo dobra strategia. Ale niekoniecznie dla nas. Po pierwsze, mamy określone możliwości finansowe. Po drugie, chciałbym, żeby nasze zaangażowanie miało również głębsze znaczenie dla ludzi, których wspieramy. W przypadku Immergas Next Generation Team nie kupujemy gotowego sukcesu. Wspieramy potencjał.
Nie wiemy, czy za kilka lat cała trójka będzie zdobywała medale na najważniejszych imprezach świata. Bardzo im tego życzę, ale nikt nie może dać takiej gwarancji. I właśnie dlatego ta decyzja jest dla mnie wartościowa. Bo nie uzależniamy swojego zaangażowania od tego, czy za pół roku ktoś zdobędzie medal i ile razy nasze logo pojawi się w telewizji. Chcemy być częścią ich rozwoju, ich drogi, przeżywać z nimi ich starty.
Jeżeli za kilka lat któryś z tych sportowców stanie na olimpijskim podium, będziemy mieli ogromną satysfakcję. Również jako firma. Ale mam nadzieję, że będziemy mogli wtedy powiedzieć coś więcej niż tylko: „Jesteśmy sponsorem medalisty”. Że byliśmy obok znacznie wcześniej. Kiedy ten sukces nie był jeszcze oczywisty.
A w jaki sposób mierzycie efektywność sponsoringu Sparty Wrocław i Projektu Warszawa?
Mierzymy ją na kilku poziomach, bo sponsoring ma różne cele. Oczywiście analizujemy ekspozycję marki w mediach, zasięgi, rozpoznawalność. Korzystamy z monitoringu mediów, obserwujemy popularność klubów i to, w jakich regionach Polski docieramy dzięki współpracy z nimi. To są konkretne dane i nie zamierzam umniejszać ich znaczenia. W biznesie trzeba wiedzieć, na co wydaje się pieniądze. Ale byłoby błędem, gdybyśmy oceniali sponsoring wyłącznie na podstawie ekwiwalentu reklamowego. Dla nas bardzo ważne są również relacje z kibicami, społecznościami lokalnymi, naszymi partnerami biznesowymi.
Organizujemy wydarzenia, spotykamy się z ludźmi, jesteśmy obecni w strefach kibica. I to pozwala nam lepiej rozumieć, jak marka jest postrzegana. Jest jeszcze jeden aspekt, który bardzo sobie cenię. Sponsoring tworzy przestrzeń do spotkań biznesowych. Czasami przy jednym stole spotykają się ludzie, którzy w innych okolicznościach być może nigdy nie mieliby okazji porozmawiać. Ale to wymaga czasu, zaangażowania i konsekwencji. Samo zaproszenie kogoś na mecz nie oznacza, że następnego dnia podpiszemy kontrakt. Zresztą tak samo jest z budowaniem zaufania. Nie da się go kupić jedną kampanią.
Czy obecność na koszulkach popularnych drużyn rzeczywiście ułatwia Wam później rozmowy biznesowe?
Na pewno pomaga w budowaniu rozpoznawalności. Zdarza się, że ktoś mówi: „Widziałem Was na koszulkach Projektu” albo „Kojarzę Immergas ze Spartą”. I to jest miłe, bo pokazuje, że nasza obecność została zauważona. Ale nie chciałbym tworzyć wrażenia, że dzięki temu automatycznie otwierają się przed nami wszystkie drzwi. Biznes tak nie działa. Natomiast zauważam coś innego. Kiedy ludzie dowiadują się, że Immergas od lat angażuje się w polski sport, często zaczynają patrzeć na naszą firmę trochę inaczej. Jesteśmy prywatną firmą z włoskimi korzeniami. Nikt od nas nie wymaga, żebyśmy wspierali polskie kluby, młodych zawodników czy lokalne społeczności.
A jednak to robimy. I robimy to konsekwentnie. Dla części naszych partnerów biznesowych to jest informacja o tym, jaką organizacją jesteśmy. Że nie patrzymy wyłącznie na najbliższy kwartał, że potrafimy budować wieloletnie relacje i angażować się w coś, co ma znaczenie również poza naszą podstawową działalnością. Czy to przekłada się na biznes? W dłuższej perspektywie jestem przekonany, że tak. Ale nie wszystko da się sprowadzić do prostego równania: wydaliśmy określoną kwotę na sponsoring, więc powinniśmy sprzedać dokładnie tyle urządzeń więcej. I myślę, że dojrzały biznes powinien umieć to rozróżnić.
Przy tworzeniu Immergas Next Generation Team współpracuje z Panem Monika Bondarowicz, która przez lata odpowiadała za strategię wizerunkową Roberta Lewandowskiego. Jak jej doświadczenie pomaga Wam rozwijać ten projekt?
Monika jest częścią zespołu, który pracował nad tym projektem, i jej doświadczenie jest dla nas bezcenne. Przede wszystkim wnosi perspektywę, której my jako firma technologiczna, naturalnie nie mamy. Zna środowisko sportowe, rozumie specyfikę współpracy ze sportowcami, ich potrzeby, ale też mechanizmy budowania wartości i rozpoznawalności w sporcie. Ma bardzo dobre relacje z zawodnikami, ich przedstawicielami i ludźmi mediów. To pomaga nie tylko przy poszukiwaniu młodych talentów, ale również przy podejmowaniu świadomych decyzji.
Natomiast dla mnie szczególnie cenna jest możliwość konfrontowania różnych punktów widzenia. My patrzymy na sponsoring z perspektywy firmy, która od lat angażuje się w sport, zna swoje cele i możliwości. Monika wnosi doświadczenie osoby, która przez wiele lat pracowała bezpośrednio ze sportowcami i doskonale wie, jak wygląda ich codzienność oraz rozwój kariery. I nie zawsze się ze sobą zgadzamy. Uważam, że to bardzo dobrze.
Nie potrzebuję wokół siebie ludzi, którzy przy każdej decyzji mówią, że mam rację. Znacznie bardziej cenię rozmowy, po których trzeba się jeszcze raz nad czymś zastanowić. Zależało nam też żeby poprzez Monikę stworzyć relację bezpośrednio ze sportowcami. Nie przez klub czy związek, ale z konkretnym człowiekiem, którego chcemy wspierać. I myślę, że właśnie takie połączenie różnych doświadczeń pozwoliło nam stworzyć program, który odpowiada na rzeczywiste potrzeby zawodników, a jednocześnie ma sens dla Immergas.
Jak wyobraża Pan sobie Immergas Next Generation Team za kilka lat? Co będzie dla Pana największym sukcesem tego programu? Medal olimpijski któregoś z zawodników?
Nie będę udawał, że nie marzę o takich medalach. Oczywiście, że chciałbym zobaczyć Hanię, Grzegorza czy Michała na podium najważniejszych zawodów. I wiem, że oni sami bardzo tego chcą. To są ambitni ludzie. Nie trenują po to, żeby być przeciętni. Chcą wygrywać i mają do tego pełne prawo. Natomiast ja nie chciałbym, żebyśmy za kilka lat oceniali sens tego programu wyłącznie przez liczbę zdobytych medali. Bo co, jeżeli ktoś z nich zrobi ogromny postęp, pokona własne ograniczenia, wejdzie do światowej czołówki, ale zabraknie mu niewiele do podium? Mamy uznać, że nasze wsparcie nie miało wartości? Nie zgadzam się z takim myśleniem.
Oczywiście wynik ma znaczenie. W sporcie nie da się od niego uciec. Ale wynik jest konsekwencją tego, co wydarzyło się wcześniej. I właśnie na tym wcześniejszym etapie chcemy być obecni. Zależy mi, żeby ci młodzi ludzie wiedzieli, że mogą na nas liczyć nie tylko wtedy, kiedy wszystko idzie zgodnie z planem. Nie mamy w umowach zapisów, że nasze wsparcie jest uzależnione od zdobycia konkretnego medalu. Nie o to chodzi w tym programie.
Chciałbym natomiast, żeby za kilka lat mogli powiedzieć, że współpraca z Immergas rzeczywiście im pomogła. Dała większy spokój, pozwoliła lepiej się przygotowywać, zrealizować plany, których bez takiego wsparcia być może nie udałoby się zrealizować.
I jeszcze jedna rzecz. Bardzo chciałbym, żeby ten projekt był również sygnałem dla innych firm. Nie trzeba od razu sponsorować największych gwiazd sportu. Nie trzeba dysponować wielomilionowym budżetem, żeby zrobić coś wartościowego. Czasami znacznie większe znaczenie dla konkretnego człowieka ma wsparcie udzielone odpowiednio wcześnie. Jeżeli za kilka lat będziemy mieli poczucie, że pomogliśmy tej trójce się rozwinąć, a przy okazji zachęciliśmy inne firmy do podobnego myślenia, uznam to za naprawdę duży sukces. A jeśli do tego przyjdą medale, będziemy świętować. Proszę mi wierzyć, że bardzo głośno.
>>> Więcej o Immergas Next Generation Team znajdziesz tutaj <<<
Czy rozwój Immergas Next Generation Team oznacza, że w przyszłości będziecie koncentrować się przede wszystkim na indywidualnym sponsoringu sportowym? A może rozważacie współpracę z kolejnymi klubami?
Na dzisiaj nie planujemy angażować się w sponsoring kolejnego dużego klubu. Mamy bardzo dobre relacje ze Spartą Wrocław i Projektem Warszawa. To partnerstwa, które odpowiadają naszym potrzebom i możliwościom. Trzeba też pamiętać, że wraz z rozwojem klubów rosną ich oczekiwania finansowe. I to jest naturalne. Jeżeli drużyna osiąga sukcesy, buduje rozpoznawalność, przyciąga kibiców i sponsorów, wartość jej oferty rośnie.
Natomiast przychodzi taki moment, w którym musimy powiedzieć: gratulujemy, bardzo się cieszymy z waszego rozwoju, ale na tym poziomie finansowym nie jesteśmy już w stanie uczestniczyć w tym przedsięwzięciu. Nie ma w tym nic złego. Każda firma musi znać swoje możliwości i odpowiedzialnie nimi zarządzać. Natomiast chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden rodzaj naszego zaangażowania w sport, o którym mówi się znacznie rzadziej. Wspieramy również małe, lokalne inicjatywy. Drużyny dziecięce, amatorskie kluby, czasami zespoły z niższych lig. To nie są wielkie umowy sponsoringowe. Czasami chodzi o zakup strojów sportowych, sprzętu czy pomoc w organizacji wyjazdu.
I wie Pan co? To potrafi dawać naprawdę ogromną satysfakcję. Kiedy widzi się dzieci, które po raz pierwszy zakładają jednakowe klubowe dresy, są z tego dumne, czują, że należą do drużyny, trudno przeliczać to na jakikolwiek ekwiwalent reklamowy. Oczywiście musimy dbać o wyniki firmy. Bez dobrze funkcjonującego biznesu nie byłoby przecież środków na żadne z tych działań. Ale uważam również, że odpowiedzialność przedsiębiorstwa nie kończy się na prowadzeniu rentownej działalności.
Jesteśmy częścią społeczności, w których funkcjonujemy. Mamy określone możliwości i możemy wykorzystywać je tak, żeby coś dobrego z tego wynikało.Nie zawsze trzeba robić wokół tego wielką kampanię. Nie każda inicjatywa musi przynosić medialny rozgłos. Czasami wystarczy, że ma znaczenie dla ludzi, których dotyczy. I chyba w ten sposób najprościej mógłbym podsumować nasze podejście do sponsoringu. Chcemy być tam, gdzie widzimy dobrych ludzi, zaangażowanie i potencjał. Wspierać ich wtedy, kiedy naprawdę możemy coś wnieść. W sporcie, tak jak w biznesie, wszyscy chcemy wygrywać. Ale bardzo dużo o nas mówi również to, jak dochodzimy do tego zwycięstwa. I z kim decydujemy się tę drogę przejść.