Patryk Stec: Jak podoba Ci się obecny mundial? Przed turniejem nie brakowało sceptyków, ale czy sportowo obronił się na murawie?
Piotr Dumanowski: Byłem sceptyczny, ale jeżeli chodzi o to, co najważniejsze, czyli o sport, to turniej do mnie przemawia i bardzo mi się podoba. Mecze są zazwyczaj niezwykle interesujące. Pierwsze spotkanie zwiastowało wprawdzie, że może być słabo. Napisałem nawet na Twitterze (obecnym X), że rozszerzenie formatu może wszystkim wyjść bokiem. Pamiętamy przecież mecz RPA z Meksykiem – był koszmarnie nudny, a drużyna z Afryki zupełnie nie dojechała.
Potem jednak te teoretycznie mniejsze reprezentacje naprawdę zachwycały. Śledziliśmy kapitalne, ciekawe historie, jak te w wykonaniu RPA, Republiki Zielonego Przylądka czy Egiptu. Na tym turnieju pada bardzo dużo bramek – nawet więcej niż na mundialu w Katarze.
Z jednej strony mamy świetny poziom sportowy, z drugiej – coraz mocniejszą amerykanizację futbolu. To właściwy kierunek?
Ta amerykanizacja trochę irytuje, bo mieszanie polityki ze sportem zawsze jest czymś fatalnym. Weźmy sytuację z interwencją Gianniego Infantino po naciskach Donalda Trumpa i anulowanie kartki Folarina Baloguna – to są bardzo złe precedensy.
Więc sportowo jest super, ale organizacyjnie wygląda to gorzej. Wprowadzenie przerw na nawodnienie (hydration breaks) czy dzielenie meczu na kwarty to spore minusy.
No właśnie, te przerwy na nawodnienie budzą spore kontrowersje. Czy rzeczywiście tak bardzo wybijają piłkarzy z rytmu i przeszkadzają w odbiorze widowiska?
Myślę, że bardzo przeszkadzają. Doskonale było to widać w jednym z meczów, gdy Francuzi niesamowicie napędzali się i rozkręcali w drugiej połowie, po czym nagle sędzia zarządził hydration break. To element, który wielu drużynom mocno przeszkadza, a przecież nikt z nich się na to dobrowolnie nie pisał. Do tego dochodzi zapowiedź Halftime Show w przerwie meczu. Amerykanie mają swoje zwyczaje, my mamy swoje i obawiam się, że stałym widzom piłki nożnej te nowinki nie przypadną do gustu.
Rozmawiałem na ten temat z kilkoma aktywnymi oraz byłymi piłkarzami. Wszyscy zgodnie twierdzą, że to uderzenie w sportowców. Wyobraźmy sobie, że grasz finał, jesteś maksymalnie skoncentrowany i nagle na pół godziny zostajesz całkowicie wyjęty z gry. Wtedy psychika i koncentracja mogą ucierpieć. Zawodnicy zwracali mi też uwagę na kwestie fizyczne – w takich warunkach niezwykle trudno jest utrzymać mięśnie w odpowiedniej gotowości do wysiłku. To zdecydowanie zmiana na minus.
Czy byłeś w stanie w pełni emocjonować się tym turniejem, wiedząc, że zabrakło na nim dwóch Twoich ukochanych reprezentacji?
Początkowo szczerze mówiąc nie i dość powoli wkręcałem się w ten turniej. Emocje na maksa poczułem dopiero od trzeciej kolejki fazy grupowej, gdy zaczęła się realna walka o awans. Przy obecnym formacie, gdzie startuje 48 zespołów, a odpada tylko 16, w pierwszej fazie oglądamy sporo słabszych meczów i trudno o wielkie uniesienia.
Chociaż niespodzianek nie brakowało – brak awansu Turcji czy Urugwaju z grup, które wydawały się dla nich banalne, to spore zaskoczenia. Trzeba było po prostu przestawić się na ten nowy format. Nie ukrywam też, że na początku nie zarywałem każdej nocy. Przy tak długim turnieju to prawdziwy maraton i dopiero w fazie pucharowej mocniej namieszałem w swoim zegarze biologicznym.
Nocne oglądanie meczów było dla Ciebie wyzwaniem czysto zawodowym, czy potrafiłeś czerpać z tego zwykłą, kibicowską przyjemność?
Trochę tak i trochę tak. Musiałem jednak wypracować odpowiedni system. Kiedy kończyłem pracę o 1:00 w nocy, a o 8:00 rano miałem zaplanowany program na żywo, to odpuszczałem oglądanie meczu rozgrywanego między 3:00 a 5:00. W przeciwnym razie nie byłbym w stanie normalnie funkcjonować przed kamerą.
Wstawałem więc o 6:00 rano po pięciu godzinach snu i od razu odpalałem obszerne skróty przygotowane przez TVP. Pozwalało mi to wyciągnąć wnioski, przejrzeć media społecznościowe i rano wypowiedzieć się w programie w sposób świeży i merytoryczny. Wolę taki tryb niż zarywanie nocy i siedzenie w studiu o 8:00 rano jak zombie. To byłby dopiero dramat.
Chciałem porozmawiać o samej pracy komentatora. Czy to od początku było Twoje absolutne zajęcie marzeń, w którym widzisz siebie już na zawsze?
Na pewno jest to moja praca marzeń. Robię to już ponad pół życia. Zacząłem amatorsko jako szesnastolatek, a mając 17-18 lat komentowałem już w radiu internetowym mecze Arki Gdynia bezpośrednio ze stadionu. Łącznie zbieram te doświadczenia od 20 lat, z czego ostatnie 15-16 pracuję w telewizji.
To był mój jedyny pomysł na życie, więc postawiłem wszystko na jedną kartę. Branża medialna bywa bardzo kapryśna i miejsc pracy – szczególnie kiedy zaczynałem – było niewiele. Dziś rynek mocno się rozrósł. Pojawiła się Liga Konferencji, powiększono liczbę meczów na mundialu, więc i tort do podziału stał się większy. Wciąż jest to jednak środowisko dość hermetyczne.
Komentowanie to moje marzenie i wciąż czekam na kolejne szczyty do zdobycia. Może to zabrzmi buńczucznie, ale kiedy lecisz komentować mecz do Mediolanu po raz trzydziesty, to zaczynasz traktować to trochę jak kolejny dzień w biurze. Dlatego pojawienie się nowych kierunków na horyzoncie zawsze wywołuje u mnie największą ekscytację i na takie wyzwania najbardziej czekam. Myślę też o innych formach – wideo, opowiadaniu historii, a może w przyszłości napisaniu drugiej książki.
Wspomniałeś o formach wideo, które już teraz z powodzeniem realizujesz na swoim Instagramie, tworząc krótkie, eksperckie analizy. Czy social media stały się już dla Ciebie jakimś źródłem zarobku?
Tak, zdecydowanie. Choć przez długi czas byłem ogromnym przeciwnikiem mediów społecznościowych. Mówiłem po „boomersku”, że ich nie lubię, nie potrafię prowadzić i nie czuję tego klimatu. Uważałem, że najlepiej byłoby żyć w latach 90., kiedy komentowało się głównie rodzimą piłkę, jeździło raz w tygodniu na mecz Ekstraklasy, prowadziło jeden program i to w zupełności wystarczało do życia.
Dziś sytuacja na rynku wygląda zupełnie inaczej. Mało jest osób, które wyłącznie komentują. Spójrzmy na lidera i absolutnego guru w naszym fachu, Mateusza Borka. To świetny komentator, co udowadnia na tym mundialu, ale jednocześnie prowadzi studia, działa prężnie na YouTubie i realizuje mnóstwo innych projektów.
W dzisiejszym dziennikarstwie samo komentowanie to za mało. Musisz być jak nowoczesny piłkarz – zagrać na wahadle, na środku obrony, a jak trzeba, to i w ataku. Dziennikarz musi skomentować mecz, poprowadzić studio, wystąpić w programie, a na koniec samemu zmontować materiał.
Niektóre redakcje wręcz zmuszają dziennikarzy do tworzenia takiego contentu. U nas w Eleven Sports jest to bardzo naturalne, nikt nikogo do niczego nie zmusza, ale większość z nas to robi, bo rozumiemy, jak ważne jest budowanie marki osobistej.
Musimy nadążać za światem, który opiera się dziś na krótkich formach wideo. To otwiera zupełnie nowe możliwości finansowe. Obecnie wielu dziennikarzy sportowych – nie tylko z tego legendarnego pokolenia „mejwenów” jak Borek, Smokowski czy Pol – zarabia lwią część swoich pieniędzy właśnie na działalności pobocznej: w social mediach czy biorąc udział w zewnętrznych projektach.
Wyświetl ten post na Instagramie
Nawet najwięksi gracze na rynku potrzebowali czasu, by odnaleźć się w internecie.
Oczywiście. Internet nie wybacza błędów. Gdy prezentujesz wyraziste opinie i reagujesz impulsywnie, odbiorcy natychmiast to wyczuwają. Często celowo próbują wyprowadzić Cię z równowagi, by zdobyć atencję, co dla widza bywa po prostu rozrywką. Sam również musiałem się tego uczyć. Nie chodziło nawet o dyscyplinę, ale o to, by przełamać się do tych formatów, zacząć czerpać z tego radość i dziś rzeczywiście mam z tego ogromną „zajawkę”.
W Twoich materiałach możemy zobaczyć kulisy pracy komentatora telewizyjnego. Jak z Twojej perspektywy wygląda taki dzień wyjazdowy na hitowy mecz, na przykład starcie Milanu z Interem na San Siro?
Wszystko zależy od tego, czy lecimy na miejsce w dniu meczu, czy dzień wcześniej. Przy tak dużych wydarzeniach zazwyczaj meldujemy się na miejscu dzień przed spotkaniem. Wieczorem przylatujemy do Bergamo lub Mediolanu.
Nazajutrz rano zaczynamy od nagrania krótkiego materiału wideo na nasze social media, aby budować atmosferę i pokazać widzom, że jesteśmy na miejscu. Kluczowy jest wybór odpowiedniej scenerii – najlepiej nagrać to na Piazza del Duomo albo ze stadionem w tle. Jeśli nie ma takiej możliwości, siadamy w klimatycznej włoskiej kawiarni z lokalną prasą w ręku. Chodzi o to, by widz od razu poczuł klimat Włoch, a nie miał wrażenia, że nagraliśmy ten materiał na warszawskim Żoliborzu.
Potem przychodzi czas na ostateczne przygotowanie – poświęcam na to 2-3 godziny. Ilość informacji, gazet i artykułów jest ogromna, więc kluczem jest selekcja negatywna, czyli odrzucenie szumu informacyjnego i wybranie absolutnie najważniejszych wątków. Następnie jemy obiad i na 3-4 godziny przed pierwszym gwizdkiem ruszamy na stadion.

Dlaczego na stadionie pojawiacie się aż tak wcześnie?
Gdy na trybunach ma zasiąść 70-80 tysięcy ludzi, dojazd i wejście na obiekt mogą zająć mnóstwo czasu. Wolimy być na stanowisku 2,5-3 godziny przed meczem, aby w pełnym spokoju sprawdzić wszystkie kwestie techniczne.
W Eleven Sports niezwykle rzadko zdarzają się sytuacje, w których obraz rozjeżdża się z dźwiękiem, co dla widza zawsze jest katastrofą. Dla wielu odbiorców to, czy komentator nadaje ze stadionu, czy ze studia w Warszawie, nie robi wielkiej różnicy. Część to lubi, bo czuć wtedy dodatkowe emocje, ale kluczowe jest to, by dźwięk nie wyprzedzał obrazu i nie „spoilerował” bramek.
Poświęcamy mnóstwo czasu na testy techniczne. Kiedyś, we współpracy z dźwiękowcem, wymagało to ręcznego ustawiania wszystkiego w punkt. Dziś mamy nowocześniejsze systemy i wystarczy jeden sprawny test, ale wciąż kluczowe jest, by wykonać go z dużym wyprzedzeniem. Na stadionie chłoniemy też atmosferę, piszemy wstęp do meczu, nagrywamy wejścia antenowe i czekamy na pierwszy gwizdek. Najtrudniejsze w tym wszystkim jest optymalne zarządzanie własną energią. Przez cały dzień musisz dbać o to, by nie uleciała koncentracja, bo najwyższą formę musisz zaprezentować dopiero o 21:00, kiedy poziom Twoich baterii naturalnie już spada.
Wyświetl ten post na Instagramie
Jako ekspert od ligi włoskiej powiedz mi: W jakim miejscu znajduje się obecnie Serie A? Czy to liga w trendzie wznoszącym, czy wręcz przeciwnie? Pamiętamy przecież legendarne, złote lata 90.
Moim zdaniem Serie A znajduje się obecnie w najgorszym momencie w swojej historii. Dzisiejszą sytuację można porównać chyba tylko do roku 1966, kiedy Włosi skompromitowali się na mundialu, przegrywając z Koreą Północną i odpadając z turnieju. Uznano wtedy, że sięgnęli dna. Zamknięto ligę dla obcokrajowców na kilkanaście lat, grali w niej wyłącznie Włosi.
Dopiero w latach 80. pojawiły się wielkie pieniądze, otwarto granice dla wybitnych jednostek i zaczęto budować potęgę. Przychodzili wtedy najwięksi: Platini, Boniek, Socrates, Matthäus, Rummenigge, Van Basten, Gullit i oczywiście Diego Maradona. Lata 80., 90. i początek dwutysięcznych to była absolutna dominacja włoskich klubów.
Wystarczy spojrzeć, ile Złotych Piłek zdobyli w tamtym okresie piłkarze z Serie A. W zestawieniu z ligą angielską to była przepaść – dwadzieścia kilka statuetek do zaledwie kilku po stronie Anglików. Do ery Messiego i Ronaldo Włosi nie mieli na tym polu żadnej konkurencji. Finały europejskich pucharów były całkowicie zdominowane przez zespoły z Półwyspu Apenińskiego.
Pamiętamy sezon 2002/2003, kiedy w półfinałach Ligi Mistrzów grały trzy włoskie drużyny i Real Madryt. Wtedy też pojawił się pomysł rewolucji medialnej.
Dokładnie. Silvio Berlusconi chciał wtedy stworzyć w pełni zawodową ligę i kodowaną telewizję. Gdyby go wtedy posłuchano, Włosi prawdopodobnie do dziś byliby na szczycie. Zrobiliby to, co Premier League, tylko znacznie szybciej, sprzedając prawa telewizyjne za gigantyczne pieniądze.
Niestety, Włosi zachłysnęli się sukcesem, nie posłuchali Berlusconiego i dziś nie mają właściwie nic poza wielkim prestiżem. Bo marki takie jak Milan, Inter, Juventus, Roma czy Napoli wciąż niesamowicie działają na wyobraźnię kibiców na całym świecie. Włochy mają pod tym względem znacznie więcej kultowych klubów niż na przykład Bundesliga. W Niemczech masz Bayern, Borussię, Bayer Leverkusen, a dalej do pucharów wchodzą Mainz czy Freiburg – marki, które nie elektryzują masowego widza.
To jest wciąż największa siła Serie A, która mimo ogromnych problemów utrzymuje się w europejskim Top 4. To bardzo schorowany pacjent, ale margines rozwoju wciąż ma ogromny.
Co musi się wydarzyć, by liga włoska wróciła na dawny tor?
Kluczowa jest infrastruktura. Włochy będą współgospodarzem Euro 2032. Jeśli dzięki temu powstanie 5-6 nowoczesnych stadionów, koniunktura natychmiast ruszy do przodu. Widać, że rząd zabrał się za to poważnie, powołując nawet specjalnego ministra ds. budowy stadionów. Nowe obiekty dla Milanu, Interu czy Romy wygenerują znacznie większe zyski, co przełoży się na transfery lepszych piłkarzy.
W strukturach też widać pozytywne zmiany. Federacją zarządza Giovanni Malagò, który wcześniej święcił sukcesy jako prezes Włoskiego Komitetu Olimpijskiego. Paolo Maldini został dyrektorem technicznym reprezentacji i ma zadbać o to, by piramida szkoleniowa od U-15 do pierwszej kadry funkcjonowała wzorowo, a jego asystentem jest Leonardo.
Dla włoskiej piłki to jest moment „teraz albo nigdy”. Jeśli tego nie wykorzystają, mogą podupaść jeszcze bardziej. Jeśli jednak zaczną się odbijać, to zrobią to w spektakularnym stylu. Przecież nawet przy obecnym organizacyjnym „dziadostwie” oni wciąż sportowo się bronią. Jeszcze trzy lata temu mieliśmy trzy włoskie kluby w finałach europejskich pucharów (Fiorentina, Atalanta, Inter), a Atalanta w pięknym stylu wygrała Ligę Europy. Włoska piłka wciąż żyje. Brakuje tylko silnego lokomotywy pociągowej, jaką dla Niemiec jest Bayern Monachium. Juventus, który dawniej pełnił tę rolę, mocno podupadł, a słaba „Stara Dama” to słaba Serie A. Jestem jednak optymistą – to, że przy tak wielu problemach wciąż potrafią być konkurencyjni, pokazuje, że drzemie tam gigantyczny potencjał.