Kluczowym momentem dla „nowego” Kanału Sportowego było odejście Krzysztofa Stanowskiego. Zresztą, długofalowo się okazało, że była to sytuacja win-win dla obu stron, choć sam rozwód był bolesny i wzbudził sporo emocji w mediach. Wiele osób uważało, że Kanał bez Stanowskiego sobie nie poradzi i nie będzie w stanie tworzyć zasięgowych treści. I początkowo byliśmy świadkami takiej stagnacji. Jednak po początkowym szoku, nastąpiła faza koncepcyjna i wymyślania projektu na nowo. Każdy poszedł w swoją stronę i zajął się sobą. Krzysztof Stanowski stworzył Kanał Zero mający już niewiele wspólnego ze sportem i odniósł sukces, a Kanał Sportowy, jak sama nazwa wskazuje, skupił się na sporcie, a głównie na piłce nożnej.
Zmiany sprawiły, że ciężar bycia koniem pociągowym spadł na barki innych współwłaścicieli. W ostatnim czasie głównie na Mateusza Borka, który przeżywa w internecie swoje najlepsze chwile. Po powstaniu Kanału Sportowego starał się odnaleźć w nowej internetowej rzeczywistości, co jest całkowicie naturalne. Wydawało się, że to medium podkreślało wady popularnego komentatora. Jednak nic bardziej mylnego. Mateusz Borek dojrzewał internetowo i teraz można powiedzieć, że przy młodych dziennikarzach, takich jak na przykład Adam Sławiński, po prostu nauczył się funkcjonowania w tym medium. I widać, że wyraźnie bardziej mu odpowiada opowiadanie o sporcie niż bycie na granicy sportu, sensacji i polityki.
To nie ma być laurka dla Mateusza Borka, ale trudno nie zauważyć obecnie jego ciężkiej pracy przy projekcie. Komentuje mundial dla TVP, za chwilę mecz Realu Madryt na Węgrzech, aby chwilę później zrobić mecz Bayernu z Lipskiem i potyczki pucharowe Rakowa Częstochowa.
Co się takiego wydarzyło, że Kanał Sportowy stał się tak nagle lubiany? Jest to kanał bliżej ludzi, czerpiący trochę wzorce z hiszpańskiego sposobu opowiadania o piłce. Zabawy futbolem w stylu programu Chiringuito, ale pozbawione dużej dawki ciarek żenady, jak to ma miejsce w przypadku Josepa Pedrerola. Podczas mistrzostw świata rekordy popularności biły transmisje IRL (live) prowadzone przed meczami spod stadionu przez Dominika Piechotę. Wcześniej była transmisja z fety mistrzowskiej FC Barcelony i słynna rozmowa Roberta Lewandowskiego i Wojciecha Szczęsnego. Kanał Sportowy mówi o sporcie oraz jest bliżej kibiców i swoich fanów.
Ta zmiana to także zasługa wpuszczenia na antenę świeżej krwi. Mateusz Borek jest marką samą w sobie, ale obok niego wyrosła generacja młodych twórców, którzy doskonale czują język internetu, np. Adam Sławiński czy Marcin Borzęcki. Dynamiczne formaty wideo, relacje ze środka kibicowskiego kotła i tworzenie krótkich form (Shorts, Reels) sprawiły, że Kanał przestał być postrzegany jako „telewizja przeniesiona do YouTube’a”, a stał się w pełni nowoczesną, cyfrową platformą wideo. Zamiast sztywnego studia widzowie dostali autentyczność i energię stadionu. Koniec z nudnymi „gadającymi głowami”.
W dobie walki o każdą sekundę uwagi użytkownika, Kanał Sportowy dokonał strategicznego zwrotu w stronę tzw. zaangażowanego audytorium. Zamiast budować wyświetlenia na przypadkowych odbiorcach szukających taniej sensacji, skupiono się na widzu powracającym, takim, który odpala transmisję nie tylko dla samego wyniku meczu, ale przede wszystkim dla relacji i ludzi, którzy go tworzą. Z punktu widzenia budowania długoterminowej wartości marki to właśnie lojalność, a nie jednorazowe strzały, stanowią najtrwalszy fundament.
– My jako Kanał Sportowy nie mamy klientów – mamy społeczność. To ona jest naszą największą siłą i punktem odniesienia dla każdej decyzji dotyczącej treści czy ramówki. Zawsze staramy się patrzeć oczami widza: zastanawiamy się, gdzie jest, czego potrzebuje i w jakiej formie chce to otrzymać.
Powrót do czysto sportowych korzeni okazał się również kluczowy z perspektywy biznesowej. Odcięcie się od polaryzującej publicystyki społeczno-politycznej diametralnie zwiększyło tzw. brand safety projektu. Dla globalnych i krajowych marek Kanał Sportowy stał się przewidywalnym, bezpiecznym środowiskiem reklamowym, w którym produkt nie ryzykuje zderzenia z polityczną kontrowersją. Inwestycje w pojedyncze prawa transmisyjne pokazują nowy kierunek monetyzacji – sponsor realnie współtworzy wydarzenie i pokrywa koszty technologiczne, w zamian zyskując zaangażowaną, precyzyjnie stargetowaną widownię, której tradycyjna telewizja nie jest już w stanie zaoferować.
– Robimy te transmisje na 12 kamer, mamy do tego drona. Kamery studyjne również staramy się potem wykorzystywać do transmisji meczu, po to, aby w jak najlepszej jakości pokazać wydarzenia boiskowe.
Podczas niedawnych transmisji, chociażby meczu Realu Madryt z Ferecvarosem w Budapeszcie, mogliśmy zauważyć duże zaangażowanie bukmachera Superbet, który zapewne sfinansował sporą część wyjazdu i kosztów praw do transmisji. W zamian otrzymując dużą ekspozycję medialną. Agnieszka Prachniak podkreśla, że na pierwszym miejscu w KS jest widz i możliwość robienia ciekawych rzeczy, a dopiero potem zastanawiają się jak to sfinansować.
– Najpierw jest widz i wartościowy dla niego content, a dopiero później dopasowujemy do tego model biznesowy – nie odwrotnie. Partnerzy decydują się na współpracę z nami ze względu na naszą markę, wiarygodność i relację, którą zbudowaliśmy ze społecznością. Możemy świadomie kształtować nasz wizerunek, ale jego ostatecznym sędzią zawsze pozostaje widz. Wszystko zaczyna się więc od społeczności i to przez jej pryzmat podejmujemy nasze decyzje.
Historia transformacji Kanału Sportowego pokazuje, że kryzys wizerunkowy i personalne rozstanie można przekuć w strategiczny sukces. Zamiast ścigać się na ogólnotematyczne zasięgi i clickbaity, projekt postawił na wąską specjalizację, technologiczną jakość i przede wszystkim na lojalną społeczność. W świecie przesiąkniętym dyktaturą algorytmów to właśnie autentyczna pasja do sportu okazuje się dla widzów i partnerów biznesowych najcenniejszą walutą.
W najbliższym czasie zobaczymy w Kanale Sportowym mecze Rakowa Częstochowa w eliminacjach do Ligi Konferencji UEFA przeciwko Hajdukowi Split czy też spotkania Mistrzostw Świata Socca 2026.