Wywiad powstał w ramach cyklu „Tydzień transferów”, w którym przybliżamy wam kulisy transferów w różnych dyscyplinach sporcie.
Patryk Stec: Zacznijmy od specyfiki koszykarskiego rynku transferowego. W piłce nożnej sprawa wydaje się prostsza – mamy dwa okna transferowe i w miarę poukładaną strukturę. Co więcej, w futbolu rzadko kiedy dochodzi do wymiany całego składu w jeden rok, tymczasem w Polsce to niemal standard. Z czego wynika ta drastyczna rotacja zawodników w letnim off-seasonie?
Karol Wasiek: Myślę, że ten wątek dotyczy nie tylko Polski, ale generalnie zdecydowanej większości klubów europejskich. Rynek w koszykówce jest tak skonstruowany, że skład buduje się latem. To letnie off-season jest najistotniejsze i uważam je wręcz za kluczowy moment sezonu. Mimo że rozgrywki wtedy nie trwają, to właśnie odpowiednie zbudowanie zespołu pod kątem jakości sportowej i charakteru zawodników sprawia, że później masz mniej pracy i mniej nerwowych ruchów w trakcie roku.
Jako dziennikarz budujący przed sezonem „drzewka” składów poszczególnych zespołów, bardzo często zaczynam od zera albo mając w składzie zaledwie jednego, dwóch czy trzech zawodników z poprzednich rozgrywek. Do nich dokłada się po 8, 9, a nawet 10 nowych graczy. Ludzie spoza koszykówki tego nie rozumieją. Wynika to jednak z faktu, że jako liga jesteśmy w Europie lokowani gdzieś na miejscach 7-10, więc nie jesteśmy dla obcokrajowców ligą docelową. Pojawiają się nowe, potężne finansowo rynki – takie jak Japonia czy też Australia, z którymi nie jesteśmy w stanie konkurować budżetowo.
Prezes Twardych Pierników Toruń, Piotr Barański powiedział kiedyś trafnie w rozmowie ze mną, że wiele klubów lubi robić transfery zimą, ale on tego nie znosi, bo wie, że to oznacza błąd popełniony latem, który teraz trzeba korygować.
Najlepszym przykładem stabilizacji z tego sezonu była Legia Warszawa, która w rozgrywkach 2025/26 dokonała tak naprawdę tylko jednej wymiany w trakcie sezonu. Bena Shungu zastąpił DJ Brewton – co okazało się strzałem w dziesiątkę. Reszta składu pozostała bez zmian. Doszedł co prawda jeszcze Francuz Carl Ponsar, ale to był ruch transferowy spowodowany kontuzją Race’a Thompsona. W koszykówce stabilność składu jest kluczowa – im dłużej zawodnicy grają ze sobą, tym większa jest tożsamość zespołu i wzajemne zrozumienie. Dotyczy to również adaptacji do samej Orlen Basket Ligi, która jest specyficzna pod względem fizyczności czy linii sędziowania. Im dłużej gracz u nas występuje, tym łatwiej mu się odnaleźć.
Często mówi się, że Polska Liga Koszykówki to dla obcokrajowców idealna trampolina do silniejszych lig.
I to są konkretne przykłady. MVP poprzedniego sezonu, Kameron McGusty, przychodził do nas z ligi francuskiej, gdzie nie miał jakiegoś wybitnego sezonu. W Legii się odbił, stał się gwiazdą rozgrywek i fantastycznym zawodnikiem, po czym podpisał świetny kontrakt w London Lions, a teraz trafił do Japonii. Jego kariera to modelowe wspinanie się po szczebelkach finansowych i sportowych. Musimy to jako liga zaakceptować, nie ma co się na to dąsać. Należy po prostu robić wszystko, by w miarę możliwości przedłużać umowy i budować stabilność. Być może o takich ruchach należałoby myśleć już w trakcie trwania rozgrywek. Choć bywa to szalenie trudne – spójrzmy na Legię Warszawa. Świeżo upieczony mistrz Polski prawdopodobnie nie utrzyma żadnego obcokrajowca na kolejny sezon. Mimo to klub jest już niezwykle aktywny na rynku i buduje ciekawy skład pod kątem występów w Lidze Mistrzów.
Wspomniałeś o Legii, co płynnie prowadzi nas do tematu zarządzania. Jak oceniasz rolę dyrektora sportowego w polskiej koszykówce? W Toruniu kibice do dziś ubolewają, że klub nie zagospodarował u siebie Aarona Cela, który wykonuje świetną pracę w Warszawie.
To jest niezwykle ciekawy temat, który bardzo często poruszam z moim redakcyjnym kolegą, Grzegorzem Szybienieckim, na naszym kanale youtube’owym „Basket w liczbach”. Do tej pory w PLK standardem było, że trener pełnił jednocześnie rolę menedżera w stylu angielskim – trenował, ale też budował skład, rozmawiał z agentami i negocjował kontrakty. Miał na głowie zdecydowanie za dużo zadań. To się na szczęście zmienia i jest to bardzo dobra ewolucja. Pojawiają się dyrektorzy sportowi, którzy zdejmują ten ciężar z barków szkoleniowców, czyszczą rynek i dostarczają trenerowi gotowy, przeanalizowany produkt.
Wspomniany przez Ciebie Aaron Cel to postać absolutnie wspaniała i wzór do naśladowania pod kątem budowania relacji z otoczeniem oraz networkingu. W dzisiejszych czasach to klucz. Podam konkretny przykład. Jeśli dyrektor sportowy ma świetne, partnerskie relacje z agentami, opierające się na dotrzymywaniu słowa, to w przyszłości może otrzymać propozycję pozyskania świetnego zawodnika w znacznie niższej cenie niż ta, którą ten sam agent podyktowałby innym klubom. Aaron jest w tym świetny. Cieszy mnie, że jego śladem idą kolejni – Piotr Pamuła w Dzikach Warszawa czy Michał Chyliński w Astorii Bydgoszcz. Michał, jako były zawodnik z ogromnym doświadczeniem, uczy się tego fachu i, co ciekawe, bardzo wiele lekcji pobiera właśnie od Aarona Cela. Prywatnie się przyjaźnią, dużo rozmawiają. Duże słowa uznania należą się prezesowi Jarosławowi Jankowskiemu, który dostrzegł ten potencjał i postawił na Cela. Efekt? Legia jest dwukrotnym mistrzem Polski.
Dyrektor sportowy gwarantuje klubowi ciągłość wizji. Trenerzy i zawodnicy mogą się zmieniać, ale organizacja musi mieć swój stały fundament i filozofię działania osadzoną w lokalnych realiach. Taki człowiek ma za zadanie narzucić narrację i wokół niej budować klub. Warto też wspomnieć o kapitalnym projekcie, jaki Jarosław Jankowski założył niedawno wspólnie z Rafałem Juciem, skautem Denver Nuggets. Mowa o fundacji „Next Draft”. To kurs szkolący przyszłych skautów dla polskiej koszykówki, w którym bierze udział około 50 osób, a głównym frontmanem jest właśnie Rafał Juć. Jeśli chcemy gonić Europę i doskoczyć z tego siódmego miejsca na np. piąte, musimy budować własne know-how, a nic nie buduje go lepiej niż wykwalifikowani skauci i dyrektorzy sportowi.
Przejdźmy do twojej pracy dziennikarskiej. Czy w ostatnich miesiącach lub latach był jakiś transfer, który zaskoczył cię najbardziej albo zapadł w pamięć ze względu na swoje kulisy?
Z racji tego, że zależy mi przede wszystkim na dobru polskiej koszykówki, zawsze najbardziej zapamiętuję transfery Polaków, którzy decydują się na wyjazd do lig zagranicznych. W tym letnim off-seasonie mieliśmy dwa takie tematy – Łukasz Kolenda i Andrzej Pluta. Obaj podpisali kontrakty w lidze hiszpańskiej ACB, czyli w najlepszej lidze w Europie. To fantastyczna wiadomość.
Dla mnie te transfery mają też ogromną wartość czysto zawodową, ponieważ udało mi się je ogłosić jako pierwszemu. Zawsze dążę do tego, by kreować i tworzyć własne tematy, a nie uprawiać copywriting. Szczególny sentyment mam do Łukasza Kolendy, którego poznałem bliżej jeszcze za czasów jego gry w Sopocie. Obserwuję rozwój tego chłopaka. Zdecydował się na wyjazd do Rostock Seawolves, do polskiego trenera, za mniejsze pieniądze niż te, które mógł zarobić w lidze polskiej. Dostał tam ciężką lekcję życia, ale wytrzymał to i dziś zbiera owoce w postaci kontraktu w Hiszpanii. To świetny drogowskaz dla innych, że czasem warto zaryzykować i zarobić mniej, by potem wejść na znacznie wyższy poziom sportowy i finansowy. Przed laty podobną drogą poszedł Adam Waczyński, który wyjechał do Rio Natura Monbus Obradoiro za mniejsze pieniądze niż miał w Polsce, a wiemy, jak wspaniałą karierę tam zrobił.
Jesteś postrzegany jako jeden z głównych insiderów na rynku. Jak wyglądają Twoje relacje z agentami zawodników? Czy to oni głównie dzwonią z prośbą o „wrzucenie czegoś na Twittera”, by podbić stawkę?
Większość ludzi myśli, że to agenci są jedynym źródłem informacji. Zaskoczę cię – tak to nie wygląda, przynajmniej w koszykówce. Oczywiście mam z nimi stały kontakt, ale kluczem jest to, że pracuję w tym zawodzie od 16-17 lat i zbudowałem potężną sieć kontaktów w całym środowisku. Od trenerów po samych zawodników. Bardzo często to sami koszykarze dzwonią do mnie i mówią: „podpisałem tu, idę tam”. Działa to w dwie strony. Oni też pytają mnie o opinie na temat klubów, trenerów czy innych graczy, bo wiedzą, że mam wiedzę kuluarową, do której dostęp jest ograniczony.
Nigdy jednak nie należałem do dziennikarzy, którzy wyciągają informacje od ludzi za wszelką cenę czy wręcz “wyrywają newsy z gardła”. Myślę, że każdy kto ze mną współpracuje, to potwierdzi takie podejście. Uważam, że takie agresywne działanie może przynieść sukces, ale na bardzo krótką metę. Dziennikarstwo to maraton, nie sprint. Relacje buduje się na lata do przodu, myśląc o tym, co będzie za miesiąc czy rok, a nie tylko o tym, co kliknie się jutro rano.
Można jednak odnieść wrażenie, że show wokół transferów w polskiej koszykówce praktycznie nie istnieje. Wystarczy spojrzeć na to, co się dzieje w trakcie piłkarskiego okna. Jak żyją nim dziennikarze, ile jest dyskusji. W całym tym teatrze aktorami też są prezesi i dyrektorzy sportowi. Podobnie jest w NBA.
Tak, dlatego chciałbym zrobić mały apel do klubów PLK (śmiech). Chodzi o zmianę myślenia w temacie okienka transferowego. Gdy patrzę na siatkówkę, żużel czy piłkę nożną, widzę ogromną dyskusję, debatę i ciągłe komentowanie ruchów kadrowych. To grzeje kibiców i zawsze będzie ich grzało.
Nie zapominajmy, że sport to jednak branża rozrywkowa.
Dokładnie. Dzisiaj coraz większe znaczenie odgrywają platformy wideo i podcasty. W polskiej koszykówce mamy dwa świetne kanały na YouTubie: „Strefa Chanasa” (pozdrawiam Kamila) i „Basket w Liczbach”. Uważam, że kluby powinny wejść w kooperację z tymi mediami i doprowadzić do tego, by o koszykówce było coraz głośniej.
Wyobraźmy sobie dedykowany program na żywo, w którym prezes, trener lub sam zawodnik ogłaszają transfer live, komentują ten wybór na gorąco, a kibice mogą w tym uczestniczyć.
Trzeba zmienić myślenie i dążyć do tego, by dawać ludziom jak najwięcej rozrywki. Należy zachęcać ich do jeszcze więcej aktywności, co przełoży się na popularność dyscypliny.
Popatrzmy na piłkę nożną – Erling Haaland miał swój film dokumentalny, w którym ogłaszał przejście do Manchesteru City. Gdy okazało się, że Robert Lewandowski ogląda klub i miasto w Chicago, portal Meczyki natychmiast odpalił transmisję live. Wokół postaci takich jak Fabrizio Romano czy Gianluca Di Marzio kręci się potężny biznes medialny.
Nawet w NBA, która jest największym rynkiem na świecie, o ruchach kadrowych dowiadujemy się od dziennikarzy, kiedyś od Adriana Wojnarowskiego, teraz od Shams Charanii. Tam nikt nie ukrywa nawet kwot kontraktów.
W siatkówce w trakcie trwania sezonu znamy już składy zespołów na kolejny rok. I co z tego? Kiedy zawodnik oficjalnie przychodzi, kluby i tak robią świetne grafiki / wideo i mają z tego podwójny zysk zasięgowy. Najpierw, gdy media piszą o tym nieoficjalnie, a potem przy oficjalnej prezentacji. W żużlu sezon trwa w najlepsze, a w cotygodniowym magazynie w Canal+ eksperci bez żadnego tabu analizują, kto gdzie przejdzie jesienią.
Polskie kluby koszykarskie chyba po prostu nie wiedzą, jak się za to zabrać. Uważam, że ogłaszanie newsów przez dany klub sprawia, że często informacja trafia wyłącznie do zamkniętej bańki kibiców tego jednego zespołu. Dziennikarze mają znacznie większe, ogólnokrajowe zasięgi i potrafią zainteresować transferem fanów z całej Polski. Mam świadomość tego, że pisanie artykułów cieszy się coraz mniejszym zainteresowaniem, ludzie wolą słuchać i oglądać. Czas zacząć z tego korzystać, jeśli chcemy realnie popularyzować tę dyscyplinę.