Patryk Stec: Nie często się zdarza, aby były sportowiec tak dobrze sobie radził na płycie hali, ale też jako komentator. Skąd wzięły się u ciebie takie predyspozycje?
A Sebastian Chmara? Mam wzorce. Z jednej strony wzorce, a z drugiej strony przedarte szlaki. Bo to też Sebastian sam mnie wciągał w to.
Jeśli on nie mógł z jakiegoś powodu przyjść, to wskazywał mnie. Ja też bardzo szybko wskoczyłem, ale początki były trudne, bo zobaczyłem, że to jest też coś, co z jednej strony człowiek ma, ale z drugiej strony musi sporo też poświęcić czasu, żeby się nauczyć. Bo żeby coś powiedzieć, to trzeba najpierw tę wiedzę jakoś posiąść.
O tyle łatwiej mi to robić w sporcie, no bo ja tę wiedzę mam, że tak powiem, z mlekiem matki wyssaną. 20 parę lat kariery sportowej, więc ja obudzony w nocy będę mógł mówić o lekkiej atletyce, bo ta wiedza jest. Ale też nauczyć się mówić, to jest kwestia taka, która przychodzi czasem. To albo się ma, albo się nie ma, a u mnie było tak, że mnie się wydawało, że ja to mam.
Jak wspominasz swoje pierwsze doświadczenia przy mikrofonie?
No i pierwsza taka sytuacja, Marek Rudziński zbiega do mnie na mityngu w Zurychu, gdzie biegałem. I on był przed głównym blokiem transmisyjnym. I do mnie przychodzi i mówi: „Marek, Marek, jest taka sprawa, bo do mnie nie przyjechał kolega, z którym dzisiaj komentuję. Siedzę sam na trybunach, będę komentował sam. Czy mógłbyś dołączyć do mnie?” Ja mówię: „Nie ma problemu, mogę dołączyć.” Bo jak młody zawodnik, to pewnie chętnie poopowiadam sobie przed mikrofonem. No i usiadłem.
Co było najtrudniejsze w tym momencie?
I zobaczyłem, jakie to jest trudne. Dopóki nie miałem otwartego mikrofonu i nie byłem zmuszony, żeby coś powiedzieć, nagle zobaczyłem, że ja mam w głowie pustkę. Bo telewizja wymaga tego, żeby to było tu i teraz. Że jak mam jakąś kobietę, mężczyznę, jakiegoś zawodnika, coś się dzieje na tych zawodach, to ja muszę powiedzieć o tym tu i teraz. Że ja muszę błyskawicznie wyciągnąć jakąś informację z mojej szuflady. A te szuflady były puste. Nagle się okazało, że ja mam tę wiedzę. Ale mi zajmuje 30 sekund, minuty, żeby sobie przypomnieć jakiś fakt. I jak zaczynam o tym mówić, to już jest inny obrazek.
Ja mówię o rzeczach, które miały miejsce chwilę wcześniej. Ta dynamika niestety nie pozwala na to, żeby tą wiedzą się dzielić. Więc co trzeba zrobić? Trzeba po prostu się usiąść i przygotować do tego. Zrobić sobie notatki. Przewidzieć, co tutaj może się wydarzyć. I z tymi notatkami później już jestem przygotowany i mogę błyskawicznie tę wiedzę wyciągnąć.
Ale komentator-nauczyciel jeden z wymarzonych.
Marek Rudziński, no mistrz, bo ja byłem pewien, że będzie siedział zawalony notatkami, a on to właśnie wszystko wyciągał z głowy. Ale to też jest pewnego rodzaju profesjonalizm, bo na przykład Marek Rudziński spędzał godziny i przygotowywał się przed mityngiem. I to widzieliśmy bardzo często.
Pojawiał się na odprawach dla komentatorów na znanych zawodach. Więc zacząłem się tego uczyć, zacząłem to obserwować. O tyle też to było istotne, że ja się wychowałem na zgrupowaniach.
I tam była znowu druga strona tego medalu, czyli sportowcy oceniają komentatorów. A to jest bez litości. Bo jeżeli ktoś rzeczywiście siada za mikrofonem, a jeszcze nie był sportowcem, ale dobrze, kwieciście mówi, ma bardzo fajny język, popełni jakiś błąd taki stricte sportowy, no to jest od razu, teraz byłby pewnie hejtowany, bo to się tak nazywa, ale wcześniej nie miało to swojej definicji.
Mówimy o czasach czytania „Przeglądu Sportowego” i transmisji na antenie „Jedynki”, jeszcze nie było TVP Sport. Ale jak się zaczęło to robić, to człowiek wiedział, że to jest odpowiedzialność. Więc jeszcze bardziej się przygotowywał.
No a później szczęście przyjął przygotowanym. Wchodziło się za ten mikrofon i się uczyło. Popełniało się błędy, widziało się z czym to się je, jaki to jest stres. A z czasem doświadczenie zaczęło procentować. Zaczął się człowiek coraz swobodniej czuć przed mikrofonem, coraz swobodniej ubierać wszystko w słowa i tak już zostało.
To był twój plan po zakończeniu kariery?
Nie, nie, to jest tak zwany side job, bo tutaj ciężko by było tylko z tego żyć. Lekkoatletyka nie jest serialem takim codziennym, jak na przykład skoki narciarskie, piłka nożna, gdzie jest liga przez cały rok albo przez całą zimę przynajmniej.
My się spotykamy od czasu do czasu, ja mam do komentowania z pozycji płyty 2-3 zawody, 2-3 razy się pojawiam w ciągu sezonu halowego, no i tyle samo na stadionie, więc to raczej rzadziej, ale ja też odpowiadam za inne rzeczy przy organizacjach i też nie zawsze na to jest czas. To jest trudne. Trudność polega na tym, że dzisiaj pierwszy moment kiedy się mogłem zdrzemnąć to była 2-3 godzinna przerwa między sesjami, bo jak się przychodzi rano, to później tak mało czasu jest między jedną sesją a drugą, do której trzeba się jeszcze przygotować i zobaczyć, co się w ogóle będzie działo, gdzieś sobie wszystko nakreślić. Człowiek też się musi z tą kamerą oswoić, bo ja dawno nie występowałem, więc piątek i sobota, pierwsze dwa dni mistrzostw, to w ogóle bez drzemki i wszystko w biegu.
Dzisiaj mam taką kontrolę, mogę złapać oddech i trochę to uspokoić, ale to jest koniec, natomiast fajnie, że są tylko 3 dni. Bywają zawody, gdzie jest na przykład 6 dni i to jest naprawdę męczące, bo to jest cały czas na pełnej gotowości, uważności. Ten mózg pracuje, mózg się przygotowuje. Jeszcze też mamy taką świadomość, że walczymy z czasem.
No tak. To są takie godziny w stylu 12:06, jak w wojsku.
Tak, więc później się okazuje, że człowiek fizycznie nie zrobił nic, ale ja już czekam na poniedziałek, że będę mógł wstać i wiem, że nic nie muszę i mogę trochę odpocząć. Generalnie są różne wyzwania, ale też fajna zabawa.
Poza tym jesteś szefem Dolnośląskiego Związku i wiceprezesem PZLA.
Tak jest.
I ta działaczowska odnoga to jest full-time job?
To jest full-time job i rzeczywiście będąc wewnątrz Związku, bo są też takie zarzuty i też trzeba o tym powiedzieć, Sebastian się z tym też często spotyka, że on jako prezes PZLA nie powinien być komentatorem. Tylko, że on nie jest komentatorem, on jest ekspertem.
I jestem w stanie postawić górę złota, jak znajdziemy kogoś w Polsce, kto będzie miał lepszą wiedzę ekspercką niż Sebastian Chmara, który jest byłym wieloboistą, więc ma przegląd wszystkich konkurencji, aspektów technicznych, no i ma pełną wiedzę a propos cyklu przygotowań, tego co dzieje się z lekkoatletami itd. Więc w pozycji eksperta to jest dodatkowy atut, który robimy właściwie z pasji, bo jak byśmy wzięli pod uwagę, co jest naszym głównym źródłem wynagrodzenia, a ile zarabiamy na tym, no to są raczej tylko dodatki. Coś, co sprawia, że czujemy się częścią tego, robimy to z pasją i to jest dobra zabawa. Ale rzeczywiście bycie działaczem, chociaż ja trochę tego określenia nie lubię, przechodzimy bardziej w stronę menadżerstwa, to tak, to jest coś, co na co dzień robimy. I Sebastian i ja.
Ja mam dodatkowo jeszcze region. Region jest o tyle trudny, że w związku z finansowaniem tego sportu młodzieżowego, zarządzamy społecznie, a wcale nie zajmuje to mniej czasu niż ta dorosła lekka atletyka. Trochę to część marketingu i komunikacji, za które odpowiadamy też w związku. Ja mam cały czas świadomość, że właściwie mogę robić pewne rzeczy społecznie, ale też sam zdecydowałem się na to kandydując na rolę prezesa, która jest odpowiedzialna, ale mam wokół siebie ludzi, którzy też bardzo często pomagają i też robią to społecznie.
Ja mam pełną świadomość, że oni w każdej chwili mogą powiedzieć: „Wiesz co Marek, już nie”. Ja nie mam czym ich namówić, ja nie mam serca ich namówić, ja nawet nie mam serca dać komuś zadań albo jakieś polecenia wydawać, bo to nie jest ten poziom. Ja po prostu za każdym razem jestem wdzięczny, że oni chcą i razem ten wózek pchamy, przy którym wynagrodzenie jest tylko i wyłącznie jakąś wewnętrzną satysfakcją z tego, że robimy coś dla dzieciaków, że zmieniamy ich życie, że budujemy ten sport od samego dołu.
I mam pełen przegląd tego jak to wygląda. Jest po części to smutne, staram się to zmienić, ale nawet biorąc pod uwagę jakieś środki sponsorskie, które jestem w stanie znaleźć, to nawet nie wystarczyłoby na jedną wypłatę menedżerską, więc to wszystko jest rozdysponowane z symbolicznymi kwotami, właśnie w kierunku drobnych wynagrodzeń, jakichś małych zleceń dla tych, którzy tam pracują. I oni nie decydowali się tak jak ja, że robią to społecznie, tylko jakieś wynagrodzenie im się należy.
To nie jest trochę tak, że ta działalność medialna jest takim substytutem dla adrenaliny z czasów zawodniczych?
Może nie adrenaliny, ja bym trochę inny czynnik tu znalazł. My zaczęliśmy uprawiać sport w wieku bardzo młodzieńczym, nastoletnim, 12-13 lat. I przeszliśmy do wieku lat 20+, ja skończyłem w wieku lat 33.
To jest najbardziej intensywny okres w życiu, największych doświadczeń, najżywszych, największej aktywności jako człowieka, organizmu. I to zostawia trwały ślad. Człowiek bałby się, nie chce, bardzo często smutno by było nam się od tego odwrócić i odejść.
Patrzymy na tych ludzi, którzy mają miejsce, chcą zostawać i odnajdują to miejsce w tym sporcie, jako na tych szczęśliwych, którzy dalej żyją tą młodzieńczą pasją i tym hobby, jak to można nazwać. W różny sposób, ale są przy tym, bo to lubią i kochają. I to raczej chyba to jest to, dalej jesteśmy częścią jakiejś społeczności, dalej się spotykamy z tymi mistrzami, patrzymy jak się inni rozwijają, wychowują, mamy na nich wpływ, ich sukcesy, porażki też na nas jakoś oddziałują. Więc endorfiny, no tak, jak wczoraj Szymański wygrał, to były endorfiny.
Część to raczej porażka, część to rozwiązywanie konfliktów, problemów, ale jednak w środowisku, które lubimy, kochamy, znamy najlepiej i to jest coś fajnego, bo ja na przykład endorfiny i wielkie rzeczy, wielkie, próbowałem robić w Atlas Arena, będąc dyrektorem marketingu. Pracowałem tam, ale zrobiłem więcej kroków w kierunku branży muzycznej.
Trochę ten sport chciałem mieć gdzieś tam jako backup, ale tylko na marginesie, biorąc pod uwagę skalę tego. W którymś momencie powiedziałem: „Ale dlaczego ja się na nowo uczę koła?” Po co tutaj robić coś, w czym jestem zupełnie zielony, zaczynam od zera, skoro znam się na sporcie. I po takim momencie obrażenia się na ten sport, zmęczenia tą końcówką kariery, kontuzjami i trochę nieszczęśliwym zakończeniem tej kariery sportowej, nagle się odwróciłem i teraz po przeprosinach z tym sportem jestem pełen radości. Ten związek już jest taki trwały i seryjny.