Rozmowa z Aronem Celem powstała w ramach cyklu, “Tygodnia transferów”, na SportBiznes.Info. Przeczytaj poprzednie rozmowy i artykuły z cyklu:
- Karol Wasiek: Dziennikarstwo to maraton, nie sprint. Nie wyrywam newsów z gardła
- Dlaczego transfery trwają tak długo? Kluby i piłkarze toczą dziś negocjacje o miliony
- Sztuka kompromisu czy wojna nerwów? Kulisy negocjacji transferowych, których nie widać w mediach
Patryk Stec: Stanowisko dyrektora sportowego w koszykówce, szczególnie w Polsce, nie jest tak powszechne jak w piłce nożnej. Czy praca w tej roli była twoim planem na życie od samego początku, gdy myślałeś o tym, co będziesz robić po zakończeniu kariery na parkiecie?
Aaron Cel: Nie, w ogóle nie. Przez dwa ostatnie lata grania szykowałem się do tego, by zostać agentem koszykarskim. Zdawałem odpowiednie egzaminy, zdobywałem uprawnienia i budowałem sieć kontaktów pod kątem tej profesji. Po zakończeniu kariery nie byłem jednak do końca pewien, czy jestem już na to gotowy. Szybko zdałem sobie sprawę, patrząc z perspektywy dyrektora sportowego, czyli tej drugiej strony barykady, jak daleka droga dzieliła mnie jeszcze od bycia naprawdę dobrym agentem. W każdym razie odpowiadając wprost na twoje pytanie: nie, nie planowałem tego.
Trudno było zresztą planować coś takiego w kraju, w którym funkcja dyrektora sportowego w koszykówce niemal nie istnieje. W Toruniu to stanowisko piastował wprawdzie dyrektor Szczechowiak, ale poza tym to wciąż zawód w Polsce mało znany. Ludzie często po prostu nie wiedzą, po co taki człowiek jest w klubie i czym się zajmuje. Kiedy więc otrzymałem ofertę od Legii Warszawa, bardzo się ucieszyłem. Praca agenta i dyrektora sportowego w pewnym sensie się zazębiają. W obu przypadkach musisz doskonale orientować się w światowym rynku, śledzić wydarzenia i znać realia cenowe. Różnica polega na tym, że agent sprzedaje zawodnika, a dyrektor go kupuje. Wiedza potrzebna do wykonywania tych profesji jest jednak bardzo podobna.
Wspomniałeś, że przez dwa lata przygotowywałeś się do roli agenta. Czy umiejętności i wiedza zdobyte w tamtym czasie pomagają ci teraz w codziennej pracy dyrektora sportowego?
Na pewno tak. Przede wszystkim pod kątem znajomości stawek i realiów finansowych. To kluczowe, by wiedzieć, w jakich zawodników celować, ile dany koszykarz może kosztować i na co realnie możemy sobie pozwolić. Okres przygotowań do pracy agenta dał mi pod tym względem ogromną szkołę. Choć perspektywa kupującego jest zupełnie inna niż sprzedającego, doskonałe rozeznanie w cenach rynkowych ułatwia mi dziś start w negocjacjach.
Jaka jest zatem rola dyrektora sportowego w polskich realiach? Wiele osób uważa to stanowisko za zbędne, skoro kluby przez lata radziły sobie bez niego.
To trudne pytanie, bo w każdym klubie zakres obowiązków dyrektora sportowego może być definiowany inaczej. Dla mnie fundamentalną funkcją jest długoterminowe zarządzanie sportową stroną organizacji.
Trener koncentruje się przede wszystkim na najbliższym meczu i zwycięstwie w kolejny weekend. Prezes z kolei musi ogarnąć całość, od spraw gabinetowych, przez finanse, po marketing, sponsorów i relacje z kibicami. To jest tytaniczna praca. Posiadanie kogoś, kto stanowi pomost między zarządem, sztabem szkoleniowym a drużyną, jest kluczowe. Trener walczy o tu i teraz, natomiast dyrektor sportowy oraz klub jako instytucja muszą planować działania tak, aby organizacja rozwijała się i pięła w górę na przestrzeni lat, a nie tylko od soboty do soboty.
Czyli trener myśli krótkofalowo, a dyrektor sportowy patrzy na klub długoterminowo. Przejdźmy konkretnie do Legii Warszawa, jak wygląda u was podział odpowiedzialności za budowę drużyny? Kto decyduje o tym, jacy zawodnicy i o jakich parametrach trafią do składu?
Pracujemy nad tym wspólnie – ja oraz cały sztab trenerski. Mamy swoje bazy danych, analizujemy tabele. Ja osobiście śledzę rynek przez cały rok, oglądam mnóstwo spotkań, by zminimalizować ryzyko pomyłki. Kiedy obserwujesz zawodnika przez wiele miesięcy, podpytujesz o niego w środowisku, to mimo że nigdy nie uścisnąłeś mu dłoni, masz wrażenie, jakbyś znał go od lat.
Przy budowaniu składu kluczem jest zaufanie i umiejętność delegowania zadań. Im więcej głów analizuje dany transfer, tym mniejsze prawdopodobieństwo błędu. Ostatecznie to ja składam ten końcowy podpis lub przystawiam pieczątkę na dokumentach, ale zawsze jest to nasza wspólna, wypracowana decyzja. Musimy nadawać na tych samych falach. W trakcie sezonu, gdy trenerzy skupiają się na taktyce i kolejnych rywalach, ja przygotowuję różne warianty i opcje personalne na kolejny rok. Zaczynamy zawsze od rotacji krajowej. Polskich zawodników na rynku jest mniej, ich pozyskanie bywa trudniejsze, dlatego to do nich musimy później odpowiednio dopasować i dokooptować graczy zagranicznych. Wspólnie z trenerami dyskutujemy nad każdym nazwiskiem, bo cel jest jeden – stworzyć jak najlepszy zespół.
Rozmawiamy w momencie, gdy przebywasz w Las Vegas. Czy to tam rodzą się kluczowe ruchy kadrowe? Jak to wygląda w praktyce? Wiesz już po jaki profil zawodnika dokładnie lecisz czy po prostu szukasz perełek?
Liga Letnia to jedno, ale wokół niej dzieje się mnóstwo innych rzeczy. Agenci wynajmują mniejsze hale w okolicach Las Vegas i organizują tam tzw. showcases – dni otwarte dla swoich zawodników, którzy wciąż szukają zatrudnienia. Zjeżdża się na nie wielu dyrektorów sportowych i skautów z całej Europy.
Przed wylotem na takie wydarzenie muszę dokładnie odrobić lekcję. Znam praktycznie wszystkich graczy, których tutaj oglądam. To absolutna podstawa. Muszę precyzyjnie wiedzieć, po co tam lecę i kogo szukam. Kluczowym elementem tych wyjazdów jest jednak możliwość spotkania się na żywo i osobistej rozmowy. Kontrakt z zawodnikiem podpisuje się na dziewięć miesięcy, a nie na tydzień czy dwa. Dlatego cechy charakterologiczne i dopasowanie ludzkie są dla mnie równie ważne, co czyste umiejętności koszykarskie. Taki Amerykanin musi przetrwać niemal rok w zupełnie obcym dla siebie kraju, często w trudnych, nowych warunkach, zostawiając w Stanach cały swój dotychczasowy świat.
W Legii Warszawa, dzięki pracy prezesa, mamy stworzone kapitalne, profesjonalne warunki do życia i gry, więc mam się czym pochwalić w rozmowach. Na miejscu w Vegas wykonuję skrupulatną pracę. Czasami nie spotykam się bezpośrednio z samym graczem, ale z jego amerykańskim reprezentantem, z którym szczegółowo omawiamy warunki. W tej pracy chodzi też o budowanie długofalowych relacji z agencjami. Kiedy agent ma do ciebie zaufanie i wie, że jego klient trafi w dobre ręce, łatwiej wynegocjować lepszą cenę i sfinalizować transakcję.
A jak oceniasz ogólny rynek transferowy w Polsce? Czy to trudne środowisko do przeprowadzania transakcji?
Wszystko zależy od tego, jakie cele sobie stawiasz. Jeśli mierzysz w sukcesy w europejskich pucharach, to polski rynek jest niezwykle wymagający. Żeby regularnie rywalizować z czołówką na Starym Kontynencie, nasza liga musiałaby być silniejsza. Dla koszykarzy z poziomu Euroligi czy EuroCupu Orlen Basket Liga rzadko jest celem samym w sobie – jesteśmy dla nich raczej ligą przejściową. Jeśli obcokrajowiec rozegra u nas świetny sezon, to niemal na pewno odejdzie do mocniejszej ligi, bez względu na to, jak wysoki kontrakt mu zaproponujemy.
Bywało przecież tak, że zawodnicy odchodzili nawet w trakcie sezonu. Nawet w Toruniu za czasów twojej gry.
Na szczęście to rzadkie przypadki, ale takie są realia, z którymi musimy się mierzyć. Oczywiście chcielibyśmy zagwarantować naszym kibicom, że świetny obcokrajowiec zostanie z nami na trzy lub cztery lata, ale to scenariusz niemal nierealny. Wyjątkiem są sytuacje, w których zawodnik zwiąże się z Polską prywatnie, na przykład założy tu rodzinę.
Mimo tych trudności w pucharach, nie mamy prawa narzekać. Nasza liga z roku na rok staje się silniejsza, a kluby dysponują coraz większymi budżetami. Jestem optymistą i uważam, że zmierzamy w bardzo dobrym kierunku. Musimy stale dbać o profesjonalizację struktur klubowych. Im poważniej wyglądamy jako organizacje, tym większe wzbudzamy zaufanie u zagranicznych zawodników oraz ich agentów. To z kolei ułatwia nam pracę i automatycznie podnosi poziom sportowy całych rozgrywek.
Czy jako dyrektor sportowy masz określoną, sztywną wizję budowy zespołu, na przykład, że rozgrywający czy środkowy muszą zawsze posiadać konkretny zestaw cech? Czy raczej elastycznie dostosowujecie profil zawodników do pomysłu trenera, z którym aktualnie pracujecie? W piłce nożnej to właśnie dyrektor sportowy dba o ciągłość filozofii gry, a trener ma się w nią wpasować, a nie wywracać wszystko do góry nogami przy swoim przyjściu.
Zgadzam się z tą filozofią, choć w naszym przypadku muszę bardzo pochwalić moją współpracę z Heiko (Rannulą, trenerem Legii Warszawa – red.). Mamy świetną relację, co ogromnie ułatwia sprawę. Uważam, że rolą dyrektora sportowego jest zbudowanie drużyny skrojonej pod konkretnego szkoleniowca. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której sprowadzam zawodników wyłącznie według własnego “widzimisię”, zostawiając trenera z problemem, jak ich ze sobą połączyć. To tak nie działa. Dyrektor powinien dobierać takich ludzi, którzy będą w stanie realizować taktykę i styl preferowany przez trenera.
W koszykówce każda drużyna może grać zupełnie inaczej. W tej samej lidze spotkasz zespoły grające niezwykle szybko, inne stawiają na wolne, pozycyjne akcje, fizyczność czy wysoki wzrost. Swoją drogą, czy tak też jest w piłce nożnej? Kluczem jest zrozumienie wizji trenera i idealne wpasowanie się w nią. Jeśli miałbym wskazać jedną, uniwersalną cechę, którą musi posiadać koszykarz Legii Warszawa, to jest to charakter. Gra w stolicy wiąże się z ogromną presją. Reprezentujemy markę z bodaj największą i najbogatszą historią w polskim sporcie. Zakładając tę koszulkę, nie możesz pękać ani czegokolwiek się bać. Charakterologiczna odporność jest dla nas kluczowa. Z drugiej strony nie szukamy wyłącznie zawodników grających agresywnie łokciami. w sporcie chodzi o mądre wygrywanie, a nie ślepe upieranie się przy jednym schemacie. Trzeba być elastycznym.
W futbolu te mechanizmy i różnice w stylach poszczególnych drużyn wyglądają bardzo podobnie.
W piłce nożnej czy koszykówce bywają jednak zespoły, które nie tyle dążą do własnego zwycięstwa poprzez kreowanie gry, ile skupiają się wyłącznie na tym, by maksymalnie zepsuć grę przeciwnikowi. To jest w pewnym sensie „antysport”, bo na boisko powinno wychodzić się po to, by grać i wygrywać, a nie tylko przeszkadzać. Szanuję jednak każdą metodę – na koniec dnia trenerzy i kluby są przecież rozliczani wyłącznie z wyników. Jeśli jednak chcemy, by sport w naszym kraju szedł do przodu, musimy grać nowocześnie i podejmować ryzyko. Ryzyko oczywiście zwiększa szansę na porażkę, ale kiedy się udaje, jak chociażby trenerowi piłkarskiej Jagiellonii Białystok, to sukces smakuje wyjątkowo.
Czy jest taki transfer przeprowadzony przez ciebie, z którego jako dyrektor sportowy jesteś szczególnie dumny?
Bez wątpienia Andrzej Pluta. To był pierwszy zawodnik, do którego osobiście zadzwoniłem po objęciu stanowiska dyrektora sportowego i pierwszy, z którym podpisaliśmy umowę. Pamiętam, że wielu ludzi ze środowiska odradzało mi ten ruch, kazali uważać na różne kwestie, ale ja się uparłem. Bardzo się cieszę, że postawiłem na swoim, i jestem dumny z drogi, jaką przeszedł. To, że na początku nie miał u nas łatwo, tylko dodaje tej historii smaku. Nie dostał niczego na tacy. Musiał ciężko walczyć o swoją pozycję, zrozumieć pewne rzeczy i poprawić konkretne elementy gry. Zrobił to perfekcyjnie. Nagroda na koniec okazała się przepiękna, bo podpisał kontrakt w lidze ACB, najsilniejszej lidze w Europie. Bardzo się cieszę z jego sukcesu, to transfer, który wywołuje u mnie największy uśmiech.
Chciałbym też wyróżnić Maksa Wilczka. Praca z nim to była czysta przyjemność. Jestem przekonany, że w Toruniu będą mieli z niego ogromny pożytek i świetnie o niego zadbają, bo przez te dwa lata stał się dojrzałym, profesjonalnym koszykarzem, a nie tylko młodym chłopakiem, przed którym jeszcze dużo do nauki.
Ostatnie dwa lata twojej pracy w roli dyrektora sportowego zbiegły się z dużymi sukcesami Legii. Co z twojej perspektywy było kluczowym czynnikiem, który pozwolił klubowi sięgnąć po te trofea? Jak osobiście przyczyniłeś się do tych sukcesów?
Sukces ma zawsze wielu ojców i nigdy nie jest zasługą jednego człowieka. Gdybym miał wskazać swoją rolę, to w pierwszym sezonie postawiłbym na umiejętność zachowania zimnej krwi w momentach kryzysowych. Kiedy w klubie pojawiała się lekka panika lub nerwowość, potrafiłem podjąć chłodne decyzje. Może pomogło mi w tym wieloletnie obycie z boiskową adrenaliną i stresem, dzięki czemu te ruchy okazały się trafione.
W drugim sezonie kluczem była z kolei cierpliwość. Przez cały rok dokonaliśmy zaledwie jednej korekty w składzie, ale była ona niezwykle skrupulatnie przemyślana. Sprowadzenie DJ-a Brewtona okazało się idealnym rozwiązaniem, które dało nam dokładnie to, czego nam w rotacji brakowało. Czasami o końcowym sukcesie decydują takie detale. Nasza liga jest niesamowicie specyficzna. Uważam ją za jedną z najbardziej wyrównanych w Europie. W innych ligach europejskich zazwyczaj masz dwóch, maksymalnie trzech hegemonów, którzy od startu rozgrywek są pewniakami do finału, jak Monaco i ASVEL we Francji, Olympiakos i Panathinaikos w Grecji, Real i Barcelona w Hiszpanii czy Bayern i ALBA w Niemczech. U nas przed sezonem przynajmniej połowa stawki realnie myśli o medalach. To sprawia, że jesteśmy jeszcze bardziej dumni z obrony tytułu mistrzowskiego. Podsumowując: najważniejszy był spokój w trudnych sytuacjach.
Na koniec chciałbym zapytać o Twoje osobiste ambicje. Każdy z nas ma jakiś dalekosiężny cel. Kim chciałby być w przyszłości Aaron Cel?
To dla mnie najtrudniejsze pytanie. Jeśli przyjdzie moment, w którym zakończę swoją misję w Legii Warszawa, chciałbym po prostu pomóc polskiej koszykówce jako całości. Nie wskażę ci dzisiaj konkretnej roli czy stanowiska, bo sam tego nie wiem. Koszykówka to moja wielka miłość, mam ją głęboko w sercu i chciałbym dzielić się wiedzą i doświadczeniem, by budować coś trwałego.
Będąc teraz po tej drugiej stronie, miałem okazję bardzo wnikliwie przeanalizować stan polskiego basketu, zwłaszcza szkolenie młodzieży. Na każdym szczeblu jest mnóstwo pracy do wykonania. Chcę jednak mocno podkreślić, że dostrzegam pozytywne zmiany. Wszystko idzie w coraz lepszym kierunku. Musimy po prostu dalej ciężko pracować, wierzyć w ten proces, wspierać się nawzajem i patrzeć w tę samą stronę. To jedyna droga do rozwoju całej dyscypliny. Nie możemy rzucać sobie kłód pod nogi tylko dlatego, że na co dzień reprezentujemy inne kluby czy mamy odmienne interesy. Cel nadrzędny powinien być wspólny.
Czyli na ten moment nie marzysz o zagranicznych kierunkach, takich jak Francja, AS Monaco czy inne czołowe kluby z Europy?
Nie mam takich marzeń. Oczywiście, kiedy odnosisz sukcesy, naturalnie pojawia się zainteresowanie na rynku. Ja jednak jestem obecnie w świetnym miejscu, mam doskonałe warunki do pracy i ogromnie się cieszę z tego, gdzie jestem. Skupiam się na tym, co tu i teraz.