Patryk Stec: Czy finansowanie klubów sportowych przez samorządy to patologia?
Tomasz Kowalski: Tak, w obecnym kształcie tak.
Dlaczego w takim razie ten system wciąż funkcjonuje?
Dzisiaj trudno byłoby wykonać jedno, radykalne cięcie i całkowicie odciąć finansowanie publiczne. To skończyłoby się ogromną falą bankructw. Natomiast zgadzam się z wieloma ekspertami – trzeba jak najszybciej zaplanować proces odchodzenia od tego modelu. Mamy dziś sytuacje, w których – jak choćby w Śląsku Wrocław – piłkarze de facto znajdują się na liście płac samorządu. To nie jest zdrowy układ.
Jak zatem powinny być wykorzystywane publiczne pieniądze w sporcie?
Środki publiczne powinny trafiać przede wszystkim na rozwój sportu powszechnego, szkolenie młodzieży, aktywizację społeczeństwa, budowanie bazy pod przyszłe sukcesy. Jeśli chcemy zdobywać medale i liczyć się na arenie międzynarodowej, musimy inwestować systemowo, a nie utrzymywać zawodowe kluby.
Czy polski sport ma dziś potencjał, by funkcjonować bez tego wsparcia?
Na razie – ograniczony. Patrząc na nasz kapitał społeczny, nie znaczymy zbyt wiele na arenie międzynarodowej. Dlatego ten proces musi być rozłożony w czasie i dobrze zaplanowany. Kluby powinny przygotować się organizacyjnie na wejście inwestorów i nowych właścicieli. A dziś często nie są na to gotowe.
Zmiany oznaczają upadki klubów?
Tak – i trzeba to powiedzieć wprost. Część klubów i dyscyplin nie przetrwa rynkowej weryfikacji. Pytanie tylko, czy to ich wina, czy efekt wieloletniego sztucznego utrzymywania przy życiu dla wąskiej grupy odbiorców.
A co z kibicami?
Kibiców trzeba szanować. Ale jeśli przez lata nie udało się zbudować większej społeczności, to znaczy, że coś było nie tak – albo w zarządzaniu, albo w sposobie wydatkowania pieniędzy.
Czy zależność od jednego źródła finansowania to główny problem klubów?
Jeden z głównych. Wystarczy, że wycofa się duży sponsor – często spółka Skarbu Państwa – i klub staje nad przepaścią. To nie powinno tak wyglądać. Klub powinien mieć zdywersyfikowane przychody, żeby przetrwać nawet po utracie jednego partnera. Jeśli tego nie ma, to znaczy, że zarządzanie było niewłaściwe od początku.
Czy publiczne finansowanie rozleniwia działaczy?
Teoretycznie tak – bo daje komfort i zmniejsza presję na szukanie nowych źródeł przychodów. Ale to nie jest reguła. Są kluby samorządowe, które funkcjonują dobrze. Wszystko zależy od ludzi – zarządu, właściciela i rady nadzorczej. Kluczowe są cele, KPI i realna kontrola nad wydatkami.
Dlaczego prywatny kapitał niechętnie wchodzi w polski sport?
Z naszych rozmów z funduszami inwestycyjnymi wynika, że Polska jest trudnym rynkiem. Uzależnienie od pieniędzy publicznych to jedno, ale jeszcze większym problemem jest infrastruktura.
Stadionów i hal w Polsce powstało bardzo dużo.
Tak, ale często bez myślenia o przyszłości. Obiekty nie są projektowane pod maksymalizację przychodów poza dniem meczowym. Powinny być multifunkcyjne – jak nowoczesne stadiony na świecie, choćby Santiago Bernabéu. Tymczasem wiele z nich to obiekty jednofunkcyjne.
Czy da się to jeszcze naprawić?
Częściowo tak, ale to kosztowne. Jeśli na etapie budowy nie przewidziano pewnych funkcji, to późniejsze zmiany są dużo droższe i mniej efektywne. Coś, co mogło kosztować dodatkowe 20 milionów na początku, później kosztuje 50 albo 70.
Czyli niektóre błędy są już nieodwracalne?
Część tak. Komercjalizacja sportu w Polsce dopiero nabiera tempa. Są też pozytywne sygnały – pojawiają się projekty, w których już na etapie planowania stadionu uczestniczy przyszły operator. I tak właśnie powinno się to robić.
Czy jest już za późno na zmianę modelu?
Nie. Ale każdy kolejny rok bez zmian oznacza większe koszty i trudniejszą transformację. Jeśli budujemy obiekt za setki milionów bez pomysłu na jego wykorzystanie, to później płacimy za to wszyscy.