Patryk Stec: Na początek – czym właściwie jest PZPN Innovation Hub i czym się zajmuje?
Tomasz Kowalczyk: PZPN Innovation Hub powstał prawie dwa lata temu. Już w trakcie Mistrzostw Świata w Katarze w 2022 roku, wszyscy zdaliśmy sobie sprawę, jak szybko i dynamicznie zmienia się rynek sportowy – zarówno w Europie, jak i na świecie. Okazało się, że nawet sprawdzone procedury i działania, które dotychczas budowały silną pozycję organizacji sportowych, mogą w dłuższym okresie być niewystarczające.
Żyjemy w środku cyfrowej rewolucji. Technologia rozwija się w każdym obszarze życia – smartfony, smartwatche są z nami cały czas. Natomiast w polskim sporcie nie zawsze to widać. Wystarczy spojrzeć za granicę – najpierw za Odrę, potem dalej – i zobaczyć, jak dynamicznie rozwija się ten rynek. Organizacje sportowe coraz lepiej rozumieją technologię, uczą się nie tylko od siebie, ale też od firm spoza sportu.
Jakie są główne cele działania PZPN Innovation Hubu?
Działamy na trzech poziomach. Pierwszy dotyczy bezpośrednio potrzeb technologicznych PZPN. Niezależnie od tego, czy mówimy o sporcie amatorskim, departamencie sportowym czy marketingu – każdy z tych obszarów może skorzystać z rozwoju technologii. Ale zanim coś wdrożymy, musimy to dobrze zrozumieć, poznać ludzi, którzy za tym stoją, zobaczyć, jak to działa w praktyce.
Druga warstwa dotyczy całego ekosystemu sportowego. Jako jedna z największych organizacji sportowych w Polsce czujemy odpowiedzialność, by dzielić się wiedzą i doświadczeniem – z klubami, innymi związkami, a nawet zawodnikami. Mamy też przewagę rozpoznawalności – kiedy PZPN komunikuje coś globalnie, zgłaszają się do nas największe firmy technologiczne.
Możesz podać przykład takiej współpracy?
Niedawno, przy okazji meczu z Albanią, testowaliśmy rozwiązanie amerykańskiej firmy, która odpowiadała za aktywację kibiców podczas Super Bowl. To pokazuje skalę – niewiele organizacji w Polsce ma dostęp do takich partnerów. Takie rozwiązania – wykorzystujące duże ekrany i angażujące kibiców w trakcie wydarzenia – to przyszłość. Chodzi o to, żeby widz nie był bierny, tylko aktywnie uczestniczył w widowisku.
A trzeci poziom działania?
To budowanie fundamentów dla całego rynku technologii sportowych w Polsce. To globalnie ogromny rynek. Chcemy, żeby także polskie firmy mogły w nim uczestniczyć. Patrząc na nadchodzące wydarzenia – Mistrzostwa Świata 2026, igrzyska w Los Angeles w 2028 roku, EURO w Wielkiej Brytanii – każdy będzie podnosił poprzeczkę. Albo się w to włączymy, albo zostaniemy biernymi odbiorcami trendów.
Z kim w takim razie konkurujecie? O uwagę kibica czy o technologię?
Nie do końca zgodzę się z tym, że konkurujemy o kibica w obrębie sportu. Kibic klubowy bardzo często kibicuje też reprezentacji. Raczej współpracujemy z innymi federacjami – naszym wspólnym celem jest rozwój sportu jako całości. Jeśli podniesiemy poziom całego rynku, zyskają wszyscy – także dzięki większemu zainteresowaniu inwestorów czy partnerów technologicznych.
Natomiast rzeczywista konkurencja pojawia się w szeroko rozumianej branży rozrywkowej. Platformy streamingowe czy media społecznościowe walczą o czas użytkownika. Jeśli ktoś spędza czas tam, nie spędza go ze sportem – chyba że sport znajdzie się w tych kanałach w odpowiedni sposób.
Technologia jest więc bardziej narzędziem niż zagrożeniem?
Technologia sama w sobie nie jest konkurencją. Wszystko zależy od tego, jak ją wykorzystamy. Najgorszym scenariuszem byłaby bierność odbiorców i brak zainteresowania jakąkolwiek treścią – sportową, kulturalną czy muzyczną.
Jak wyglądało wdrażanie półautomatycznego spalonego w Polsce?
Tu należy rozróżnić dwa projekty – nowe rozwiązanie VAR oraz półautomatyczny spalony (SAOT), to drugie to projekt Ekstraklasy. Po naszej stronie proces rozpoczął się wraz z decyzją o budowie centralnego VAR-u. Spotykaliśmy się – równolegle z Ekstraklasą – z większością dostawców technologii, analizowaliśmy rozwiązania.
W przypadku półautomatycznego spalonego kluczowa jest infrastruktura – dodatkowe kamery na stadionach, dodatkowo tracking zawodników – więc tu projekt prowadzi Ekstraklasa. Ale cały ekosystem – VAR, sędziowie, technologia – jest ze sobą ściśle powiązany. Zależało nam wszystkim na wdrożeniu rozwiązań z najwyższej półki. I to się udało.
Czy polska piłka jest gotowa na takie technologie?
To nie dotyczy tylko samego systemu spalonego, ale całego otoczenia. Ważne jest, że takie rozwiązania trafiają do Polski i że środowisko się na nie otwiera. To przyniesie korzyści wszystkim – kibicom, sędziom, klubom – i stworzy nowe możliwości biznesowe.
Jak na rozwój technologii w sporcie wpływa sytuacja geopolityczna?
Ogromnie. Jeszcze kilka miesięcy temu Dubaj był jednym z głównych hubów sport-tech na świecie. Dziś sytuacja się zmienia – trudniej prowadzić biznes, rośnie ryzyko. Możliwe, że ciężar przesunie się w inne regiony, na przykład do krajów Afryki Północnej, zwłaszcza w kontekście Mistrzostw Świata 2030. Tam pojawi się kapitał i duże wydarzenia.
A co z inwestycjami w sport?
Kapitał szuka bezpiecznych miejsc. Sport zaczyna być traktowany podobnie jak infrastruktura – jako stabilne, długoterminowe aktywo. Widzimy ogromne transakcje, jak inwestycja w Atletico Madryt na poziomie 2,5 miliarda euro. Pytanie nie brzmi „czy”, tylko „kiedy” ta fala dotrze do Polski. Jesteśmy zbyt dużym rynkiem, żeby to nas ominęło.
Czy polskie kluby są gotowe na tę zmianę?
To zależy od obszaru. Jedne dobrze radzą sobie z danymi, inne z marketingiem, jeszcze inne z promocją sportu kobiet czy zrównoważonym rozwojem. Problem w tym, że nie wszyscy jeszcze znaleźli swoją niszę.
Gdzie najbardziej odstajemy?
W kompetencjach biznesowych. Jeśli spojrzymy na kadry zarządzające poza sportem – marketing, data, komunikacja – to w Polsce tego doświadczenia często brakuje. W porównaniu do Niemiec, Austrii czy Szwajcarii mamy jeszcze dużo do nadrobienia.
To będzie kluczowe w kolejnych latach.