Patryk Stec: Chciałem zapytać na początku: czy ty w ogóle odpoczywasz?
Maciej „Gambit” Turowski: Czy odpoczywam? Tak, oczywiście. Odpoczynek jest potrzebny, żeby dobrze robić to, co się robi. Regeneracja jest bardzo ważna. Ale ja lubię to, co robię, więc kiedy wpadam w tryb realizacji eventowej… Choćby dzisiejszy dzień jest dobrym przykładem.
Patryk Stec: A dodajmy, że jesteśmy na Copernicus Cup.
Maciej „Gambit” Turowski: Tak, zaraz po zakończeniu mityngu lekkoatletycznego. Przyleciałem dwadzieścia godzin temu z Mediolanu i z igrzysk – bo Livigno, Mediolan, Predazzo… Dwa tygodnie mnie nie było. A jeszcze chwilę przed wylotem na igrzyska miałem występ z orkiestrą w Dzień Dobry TVN, bo Orkiestra Wojska Polskiego zrobiła duże zamieszanie podczas Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy na rynku we Wrocławiu. To był wspólny projekt – ja zrobiłem klubowy i taneczny mix utworów, a orkiestra zagrała do niego partie swoich instrumentów. Rozeszło się to szerokim echem, więc jeszcze przed wylotem trafił się występ telewizyjny. Potem były Igrzyska, a teraz jestem tutaj. Jutro mam dzień wolny, w poniedziałek też, a we wtorek robię siatkówkę we Wrocławiu. Ten jeden dzień mi wystarczy. Jak człowiek lubi to, co robi, to go to napędza.
Patryk Stec: Wróciłeś z igrzysk, więc chwilę o nich porozmawiajmy. Brałeś udział w bardzo fajnym projekcie, moim zdaniem świetnie promującym nasz kraj – Dom Polski. Co o tym sądzisz? Pamiętam, że w 2024 roku był pierwszy, teraz drugi. Jak to wygląda od kulis?
Maciej „Gambit” Turowski: Musimy zacząć od tego, że świadomość wśród kibiców i ludzi zajmujących się sportem, eventami czy mediami jest bardzo mała, jeśli chodzi o domy narodowe poszczególnych federacji i komitetów olimpijskich. A to jest bardzo powszechne na świecie. Amerykanie, Niemcy, Koreańczycy, Holendrzy – wszyscy od wielu lat mają swoje domy na igrzyskach.
Idea Domu Polskiego powstała dopiero przy okazji igrzysk w Paryżu w 2024 roku. Dom Polski miał być przestrzenią dla kibiców i osób z Polski, które przyjeżdżają na igrzyska. Jeśli ktoś nie miał biletu na wszystkie wydarzenia, mógł przyjść i obejrzeć transmisję na dużym ekranie. Można było też spotkać naszych medalistów – po zdobyciu medalu zawodnik, po kontroli antydopingowej i dekoracji, przyjeżdżał do Domu Polskiego, gdzie był uhonorowany, dostępny dla mediów i kibiców. Czasem kibice tak go otaczali, że trudno było przejść do strefy medialnej.
To miał być punkt spotkań dla kibiców, dziennikarzy, ludzi pracujących przy igrzyskach – od organizacji, przez transport, po infrastrukturę. Na przykład w Livigno spotkałem Polaka, który był jednym z budujących skocznie do big air w snowboardzie. I o to chodziło – o miejsce, gdzie Polacy mogą się spotkać.
W Paryżu to wyszło bardzo dobrze. Dom Polski był w lasku Bulońskim, niedaleko kortów Rolanda Garrosa – stacjonarny, w posiadłości.
Natomiast zimowe igrzyska Milano–Cortina były mocno rozstrzelone terytorialnie. Było sześć wiosek olimpijskich: Mediolan, Cortina, Livigno, Predazzo, Bormio i Anterselva. My byliśmy w trzech lokalizacjach. Zaczęliśmy od Livigno, poźniej stacjonowaliśmy w Mediolanie, a na koniec przenieśliśmy się do Predazzo. Skoro zmienialiśmy miejsca, Dom Polski musiał być mobilny – na bazie dużej naczepy, takiej jak w Formule 1.
Patryk Stec: Właśnie miałem powiedzieć, że to przypomina padoki F1.
Maciej „Gambit” Turowski: Dokładnie. Naczepa rozsuwana na boki i w górę, tworząca dwie kondygnacje. Na dole było muzeum polskiego olimpizmu zimowego – pierwszy historyczny medal zimowych Igrzysk Franciszka Gąsienicy-Gronia, strój Zbigniewa Bródki,, łyżwy Katarzyny Bachledy-Curuś… A na górze przestrzeń dla mediów i dziennikarzy, żeby mogli pracować po wyjściu z aren.
Patryk Stec: Masz za sobą bardzo dużo różnych imprez – freak fighty, lekkoatletykę, koszykówkę, piłkę ręczną… No i Dom Polski. Czy to było dla ciebie wyzwaniem? Jak wygląda praca w takim miejscu? Czy promujesz polską muzykę? Grasz więcej oldschoolu, żeby promować kulturę?
Maciej „Gambit” Turowski: Z racji tego, że we Włoszech przemieszczaliśmy się z miejsca na miejsce, odwiedzało nas dużo kibiców z różnych krajów. Więc nie grałem tylko polskiej muzyki – dużo było też włoskiej, z racji miejsca, a i również świetnie się ona sprawdza. Były hity starsze i współczesne, żeby każdy znalazł coś dla siebie. Odwiedzali nas kibice, sportowcy – np. Gregor Deschwanden w Predazzo, gdyż byliśmy blisko skoczni i wioski olimpijskiej.
Patryk Stec: A Snoop Dogg was odwiedził? (śmiech)
Maciej „Gambit” Turowski: Do Domu Polskiego nie dotarł, ale przedstawiciele PKOl-u i Mateusz Ligęza dopięli swego – spotkali go i wręczyli mu pieroguszkę. Bardzo sympatyczny akcent, który zrobił pozytywne zamieszanie.
Patryk Stec: Był jakiś moment kulminacyjny, kiedy było najwięcej kibiców?
Maciej „Gambit” Turowski: Zdecydowanie konkurs skoków w Predazzo. Zainteresowanie było ogromne, a lokalizacja sprzyjała. To pozwala poczuć smak igrzysk. Byłem wcześniej na letnich w Paryżu, teraz na zimowych – dla mnie, jako osoby od lat związanej ze sportem i oprawą muzyczną, to wielka rzecz.
Patryk Stec: Widziałeś wiele imprez, więc masz porównanie. Mówi się, że Polacy są dobrymi organizatorami. Jak wypadamy na tle świata?
Maciej „Gambit” Turowski: Copernicus Cup to świetny przykład. Robię mityngi lekkoatletyczne w Polsce od lat, ale też za granicą – Diamentową Ligę w Chinach, mityngi w Ostrawie, Zlatą Tretrę, gdzie co roku skacze Armand Duplantis, mistrzostwa świata w Pradze i w Katarze.
Copernicus szybko wskoczył do elity halowych mityngów – World Indoor Tour. Światowa federacja (wtedy IAAF, dziś World Athletics) zaczęła się przyglądać, jak to robimy. Po mityngu w 2019 roku dostałem maila z pytaniem, czy zrobiłbym oprawę na mistrzostwach świata w Dosze. To było ogromne zaskoczenie i wyróżnienie. I to równeż dzięki Copernicusowi.
Polska naprawdę robi eventy na wysokim poziomie. Nadgoniliśmy infrastrukturę w ostatnich 20–30 latach. Mamy nowoczesne obiekty, dobrą organizację. To widać.
A freak fighty? Też ciekawa historia. Ponieważ w Polsce się rozrosły i są dobrze realizowane, dostałem propozycję zagrania gali w Dubaju, gdzie w walce wieczoru walczył Floyd Mayweather Jr. Nigdy bym nie pomyślał, że zagram na takiej gali.
Patryk Stec: Jesteś fanem koszykówki. Dużo jeździsz – Kowno, NBA w Berlinie, reprezentacja Polski…
Maciej „Gambit” Turowski: Mecze domowe reprezentacji robię jako DJ, a na wyjazdowe staram się jeździć jako kibic. Byłem ostatnio w Holandii, wcześniej cały EuroBasket – najpierw grałem w Spodku, potem kibicowałem w Rydze. Wcześniejszy EuroBasket – Praga, Berlin. Klubowo – NBA w Berlinie, Euroliga w Kownie, Atenach, Pireusie, Turcji, Hiszpanii… Byłem też na Gran Canarii, gdy grali ze Śląskiem.
Patryk Stec: Które miejsce zrobiło największe wrażenie?
Maciej „Gambit” Turowski: Kowno to mekka koszykówki – hala, kibice, klimat. Ale najbardziej fanatyczni kibice są w Belgradzie. Mecz Partizana z Olympiacosem – coś niesamowitego. Fanatyzm w pozytywnym sensie.
Patryk Stec: Czyli ultrasi, nie kibole.
Maciej „Gambit” Turowski: Dokładnie.
Patryk Stec: Jest coś marketingowego w koszykówce, co przeniósłbyś do Polski?
Maciej „Gambit” Turowski: Sukces rodzi klimat. Polacy są kibicami sukcesu. Przykład Justyny Kowalczyk – gdy dominowała, biegi narciarskie były w otwartych telewizjach. Do dziś są, bo wpisano je do ustawy medialnej. Gdy nie ma sukcesów, zainteresowanie spada.
Piłka nożna jest jedyną dyscypliną odporną na brak sukcesów – bo jest powszechna. Wystarczą dwa plecaki lub dwa kamienie w parku czy na podwórku i już można grać.
Hokej? Poziom wejścia ogromny – lodowiska, sprzęt. Nic dziwnego, że mamy tylko kilkadziesiąt lodowisk, a kraje pięciomilionowe mają po kilkaset.
Żużel? Uprawia go na poważnie kilka krajów, a u nas pełne stadiony. Bo wygrywamy.
Koszykówka w Polsce rośnie – frekwencje w Zielonej Górze, Warszawie, Gdyni, Wrocławiu są świetne. Ale brakuje regularnego sukcesu, żeby przebić się do świadomości masowej.
NBA jest jednocześnie magią i przekleństwem dla europejskiego basketu. W piłce klub może zagrać z Realem. W koszykówce – nawet jeśli polski klub zagra z Barceloną, kibic powie: „A czemu nie z Lakersami?”. NBA odbiera Eurolidze blask.
Euroliga stoi w miejscu marketingowo – grafiki, opakowanie transmisji, wszystko się opatrzyło. Do tego ogromna liczba meczów, rozdrobnienie na EuroCup, Ligę Mistrzów, FIBA Europe Cup… A teraz jeszcze NBA Europe, które będzie celować w kibica casualowego – selfie, popcorn, show. Dlatego mówi się o klubie w Manchesterze, a nie w Kownie czy Belgradzie.
Patryk Stec: Na koniec – NBA a sprawa polska. Sochan dołącza do New York Knicks. Co o tym sądzisz?
Maciej „Gambit” Turowski: Najpierw, czy to sprawa polska? Zaskoczyło mnie, że profile NBA Europe wrzuciły grafikę „The British Wave hits New York City”, wymieniając Sochana. Strasznie mnie to irytuje. Jeremy grał w naszej reprezentacji, mówi coraz lepiej po polsku, identyfikuje się z Polską. Urodził się w USA, wychował w Wielkiej Brytanii, ale reprezentuje Polskę. NBA powinna to w końcu jasno komunikować.
Co do transferu – świetna sprawa. Magia Nowego Jorku, Madison Square Garden… Ale ważne, żeby Jeremy grał. Ostatnio zagrał tylko cztery minuty. Widać, że trener szuka na niego pomysłu, ale jeszcze nie znaleźli wspólnego języka. Kontrakt jest tylko do końca sezonu i kluczowe będzie, co wydarzy się później.
Chciałbym, żeby się w NBA utrzymał i zaistniał. W Spurs Popovich na niego stawiał, potem pojawiły się inne koncepcje. Ale obecny trener San Antonio Mitch Johnoson broni się wynikami, więc trudno dyskutować.
Nowy Jork to ogromna szansa. Jeśli będzie dobrze prezentował się na parkiecie, będzie uwielbiany, w przeciwnym razie nikt nie będzie o nim pamiętał. Ale ma duży marketingowy potencjał – choćby fryzury i styl. Na pierwszej konferencji włosy ufarbowane w barwach Knicksów od razu zrobiły wrażenie. Publiczność nowojorska lubi takich ekscentryków. Ale jak zawsze – boisko zweryfikuje.