Patryk Stec: Gratulacje. Ile dla Ciebie znaczy docenienie ze strony Wirtualnych Mediów, ważnego portalu branżowego?
Jakub Balcerski: Wiesz co, pewnie, że jest to jedna z najbardziej prestiżowych branżowo nagród, jakie może dostać dziennikarz, zwłaszcza sportowy, bo nas przecież nie wszędzie uwzględnia się jako oddzielne kategorie. Więc uznanie tej publikacji za publikację roku poprzedniego to na pewno coś super i wielkie wyróżnienie. Myślę, że samo docenienie tej sprawy po takim czasie jest też czymś fajnym, bo tak się złożyło, że ta gala była dosłownie dzień po roku od tego skandalu w Trondheim, więc można było ludziom trochę o tym przypomnieć. Ludzie się mocno dziwili, że już rok minął, więc można było tę sprawę trochę odkopać, bo mam wrażenie, że ona wcale taka zamknięta nie jest.
Natomiast samo docenienie to naprawdę fajna sprawa i cały czas ponownie dziękuję Wirtualnym Mediom za to, że się na to zdecydowali. Najpierw na nominację, a później że kapituła zadecydowała tak, a nie inaczej.
Ok, mamy sytuację, w której minął rok od Twojej publikacji – od wideo, bo to było też poparte wideo. Publikacja odbiła się szerokim echem w całym świecie skoków narciarskich i nie tylko. Można odnieść wrażenie, że nawet szerzej – w świecie sportów zimowych. Czy masz wrażenie, że zrobiono wszystko, żeby sprawę wyjaśnić?
Nie, absolutnie nie mam takiego wrażenia. To znaczy, jeśli przeanalizować skutki, to dla mnie decyzja o tym, żeby zawiesić norweskich skoczków na parę miesięcy… Oni byli zawieszeni bodajże do września zeszłego roku i wrócili do rywalizacji – do września, do listopada chyba, teraz tak sobie myślę. W każdym razie nie mieli tej kary realnie przełożonej na kolejny sezon startów. To ograniczenie startowe pozostało przy końcówce zeszłego sezonu i przygotowaniach do kolejnego, więc sportowo ta kara była moim zdaniem nieadekwatna do tego, co zrobili.
Oczywiście musimy do tego dodać same dyskwalifikacje z mistrzostw świata i to jest dosyć dotkliwe. Natomiast oni wedle przepisów odpowiadają za to, co zrobili – to oni są ostatnią osobą, która wkłada na siebie ten kombinezon. Ona musi być pewna tego, co na siebie wkłada. To tylko pokazuje, jak trudno udowodnić w dzisiejszym świecie ludziom to, za co są odpowiedzialni, bo najwyraźniej śledczy nie byli w stanie przedstawić takich dowodów, nawet mając te filmiki dostępne, które wskazywałyby na konkretną odpowiedzialność tych samych zawodników.
Dla trenerów kara była już bardziej adekwatna. Oni nadal nie mogą wykonywać swojego zawodu w strukturach FIS, czyli nie mogą trenować żadnej międzynarodowej ekipy do września tego roku, więc bardzo długo. To jest oczywiście cały czas sytuacja bezprecedensowa, bo takich kar nie mieliśmy w świecie skoków. Największe kary były za doping, ale przypadków dopingu też było bardzo niewiele. Tam, jeśli dobrze pamiętam, można było dostać do czterech lat, natomiast to są przypadki trochę zgoła inne i też nie zajmowała się nimi bezpośrednio Międzynarodowa Federacja Narciarska.
Taki doping technologiczny trochę.
Tak, jasne, że możemy sobie to porównywać. Natomiast też mnie trochę uderza to, że np. ja pisałem o tej sprawie na samym początku o samych chipach. W zasadzie w moim pierwszym tekście nie ma słowa na temat tego, za co rzeczywiście zostali zdyskwalifikowani Norwegowie, czyli tych sztywnych sznurków.
Pisałeś o przeszywaniu chipów.
Tak, w zasadzie później okazało się, że to było robione najprawdopodobniej metodą termoaplikacji, czyli po prostu nagrzewasz materiał na kombinezonie z tym chipem, odklejasz go i później tą samą metodą przeklejasz na drugi. Okazało się, że to było możliwe. Piętnaście minut zajmował jeden kombinezon.
Do czego są te chipy na kombinezonach? Przypomnijmy dlaczego to tak ważne.
Informują na temat tego, jaki to jest kombinezon i kiedy był używany przez zawodnika – głównie po to, żeby nie można było ich podmieniać pomiędzy seriami. Często bywało tak, że zawodnik był sprawdzany w jednym kombinezonie i skoro miał już kontrolę w tym kombinezonie za sobą, to szedł po drugi i skakał np. w o wiele większym. Miał jakieś przekonanie, że kontroler się nie zorientuje, że zmienił kombinezon, a on będzie mógł na tym skorzystać.
Były też po to, żeby sprawdzać trochę więcej szczegółów tego kombinezonu na takiej kontroli przed zatwierdzeniem chipu. Bo to było tak, że przedstawiasz kombinezon kontrolerowi FIS przed weekendem startowym. Nie było tak, że w każdy weekend można było sobie dołożyć nowy kombinezon – obowiązywał limit.
W każdym razie w każdym punkcie, w którym można było zgłaszać kombinezon, trzeba było stawić się na kontrolę u kontrolera FIS. On widział ten kombinezon, analizował go pod kątem różnych elementów. Było to wyszczególnione w oficjalnych dokumentach FIS. Jeśli wszystko się zgadzało, przydzielał taki chip.
Tych chipów było siedem u mężczyzn, bodajże pięć u kobiet, w konkretnych miejscach – w kroczu, na nogawkach, na piersi. W takich miejscach, do których łatwy dostęp ma kontroler sprawdzający później chip na górze skoczni. Przed oddaniem skoku sprawdzało się to czymś podobnym do czytnika biletu przy wejściu na koncert czy inne wydarzenie. W hali skanuje się kod QR – tu działa to trochę podobnie. Trzeba pokazać miejsce, gdzie chip jest umieszczony.
Urządzenie analizuje, czy wszystko jest w porządku, czy zgadza się z bazą danych itd. Moim zdaniem to było swoją drogą dużo większe przewinienie. Ta manipulacja chipami, którą widzimy na filmikach, nie została jednak w żaden sposób wyjaśniona przez FIS.
Potraktowano to w taki sposób, że skoro nie można tego udowodnić na miejscu – bo dużo prostsze było udowodnienie tych sznurków niż chipów – to lepiej się tym nie zajmować. Zwłaszcza że FIS sam mógłby na tym ucierpieć, skoro to rozwiązanie zostało wprowadzone przez nich i miało pomóc skokom, a umożliwiło w pewien sposób oszukiwanie. FIS nie byłby zadowolony, gdyby musiał to w pełni analizować i wyjaśniać.
Więc to pozostało niewyjaśnionym wątkiem tej sprawy i ja tutaj czuję niedosyt. Może nie ze swojej strony, bo de facto nie mam na to wpływu. Trochę kończą mi się rozwiązania w sytuacji, gdy naciskam na wywołanie tego tematu, a ktoś mi odpowiada – ktoś, czyli Sandro Pertile, dyrektor Pucharu Świata – że po prostu nie będzie o tej sprawie mówił. Jeśli są to tak zamknięte osoby, to czasem po prostu nie ma o czym rozmawiać.
W ogóle rzadko się zdarza, żeby jakiś materiał dziennikarski był tak dobrze udokumentowany, bo ty praktycznie złapałeś ich za rękę, jeśli chodzi o ten proceder przeszywania.
Tak, to jest sytuacja trochę wymarzona dla dziennikarza, bo dostajesz materiał w zasadzie gotowy. Oczywiście ja sam w tamtej chwili dokładnie nie wiedziałem, co znajduje się na filmiku i to stanowiło pewną trudność. Dostawałem informacje, wokół czego jest ta sprawa itd., natomiast nigdy nie powiedziano mi wprost, że na filmiku będą przeszywane chipy, że będzie sznurek itd.
Z dzisiejszej perspektywy trochę tego żałuję, że nie było czasu albo nie nadałem temu na początku takiego priorytetu, żeby mieć wszystko dokładnie wyjaśnione co do tego, co tam się znajduje. Postępowałem bardziej pod wpływem emocji i chciałem to opublikować.
To ile czasu minęło, zanim połączyłeś kropki?
Wiedziałem, że to, co tam się dzieje, jest nielegalne, bo widziałem tam nowy materiał kombinezonu. W momencie, kiedy kombinezon jest chipowany, nie może to już być nowy materiał, czyli coś nieszytego, nieprzygotowanego. Ten materiał wyglądał jak zdjęty z belki. Był niepozszywany, po prostu materiał gotowy do zrobienia kombinezonu.
Jeśli taki materiał miał na sobie chip, a żeby dostać chip musi zostać sprawdzony przez kontrolera, to wiemy, że mamy do czynienia z manipulacją chipem. To niemożliwe, żeby chip po prostu tam się znalazł. Musiał zostać albo przeszyty, albo przeniesiony z jednego kombinezonu na drugi.
To miałem w głowie. Natomiast o tych sznurkach nie miałem pojęcia. Dopiero kiedy sprawa została wyjaśniona, usiadłem później i przejrzałem filmiki pod kątem tego, co znalazło się w uzasadnieniu. Wtedy zobaczyłem: tak, to musi być to.
Wcześniej, biorąc pod uwagę, że dostałem te filmiki niedługo przed zawodami i zależało mi na tym, żeby opublikować je przed startem, nie miałem czasu, żeby je dokładnie analizować. Musiałem działać szybko i przez to ucierpiała szczegółowość. Na inne elementy ja zwracałem uwagę, a na inne np. kontroler sprzętu.
Uściślijmy jeszcze – filmiki otrzymałeś czy nagrałeś je sam?
Nie, nie. Ja je otrzymałem. Zostały nagrane w części hotelu, gdzie przebywali Norwegowie i gdzie dziennikarze nie mieli dostępu – byli tam ochroniarze.
To nie tak, że ochroniarze wiedzieli, co tam się działo. To była po prostu strefa tylko dla reprezentacji i gości hotelowych. My pojawialiśmy się tam czasem tylko na zaproszenie, np. na dni medialne.
Raz byłem w tej części – w tej loży hotelu połączonego ze stadionem Rosenborga Trondheim. Oni znaleźli się w jednej z tych lóż i próbowali ją zakryć dużą kotarą.
Nie przewidzieli jednak, że ktoś zauważy, jak wchodzą do tego pomieszczenia. Jeśli była to osoba ze środowiska sprzętowego, mogła się domyślić, że idą szyć kombinezony. Jeśli miała podejrzenia wobec tej reprezentacji, zajrzała z ciekawości. Moralnie można to różnie oceniać. Sam nie wiem, czy gdybym miał takie wideo nagrać, nie wystraszyłbym się. Natomiast szczęśliwie dostałem już nagrane i przekazane przez WhatsAppa. Nawet nie bezpośrednio od osoby, która to nagrała.
Podjąłem decyzję, że trzeba z tym działać. Zwłaszcza że słyszałem od różnych osób, że coś może się wydarzyć i że są wobec tej sytuacji wątpliwości. Dzięki temu miałem większą determinację, żeby to opublikować. Powiedziałem sobie: być może jeśli nie ja, to nikt.
To na pewno odegrało ważną rolę w wyjaśnieniu skandalu, choć moim zdaniem nie kluczową. Kluczowe były protesty na skoczni, które i tak by się wydarzyły, bo to wideo już było w posiadaniu kadr.
Natomiast kiedy film stał się publiczny i wywierał presję na FIS oraz środowisko, sytuacja była już inna. Nie dało się tego zamieść pod dywan. Jeśli coś jest publiczne i widać dowody, nie można udawać, że sprawa nie istnieje.
Byłeś w kontakcie z dziennikarzami z całego świata. Co oni mówili?
Było dużo próśb o komentarze, krótkie wypowiedzi z Trondheim, później też wiele telefonów z Polski, Norwegii, Finlandii, Niemiec czy Austrii.
A co sądzili o sprawie koledzy po fachu z Norwegii?
Z Norwegii przekaz był często zaskakująco spokojny. Dziennikarze czy kibice nie byli wściekli. Raczej mówili: jeśli jest sprawa do wyjaśnienia i ktoś zrobił coś nie w porządku, trzeba to wyjaśnić.
Jednocześnie próbowano trochę odwracać kota ogonem i mówić o kulturze oszukiwania w skokach. Po części to prawda – od dawna mówiło się o różnych kombinacjach.
Natomiast nigdy wcześniej nie udowodniono czegoś na taką skalę.
Tak czysto po ludzku, byłeś zawiedziony skokami? Czasami się mówi, że jak coś się poznaje od wewnątrz to czar pryska.
Tak. Trochę mi to obrzydziło ten sport. Bańka po prostu pękła. Zmienia się postrzeganie zawodników.
Ale po kilku miesiącach pomyślałem też, że nie można wszystkich skreślać. To była sprawa konkretnej grupy ludzi. Natomiast takie zakończenie sprawy niesie ryzyko, że kiedyś ona wróci. Jeśli nie oczyści się środowiska do końca, mogą pojawić się kolejne problemy.
Czy po tym materiale Twoje drogi w świecie skoków się otworzyły czy raczej zamknęły?
Tak naprawdę 50 na 50. Część dróg się zamknęła, część bardzo się otworzyła. Niektórzy ludzie rozmawiają teraz mniej chętnie, inni zaczęli się odzywać, bo uznali, że skoro zrobiłem taką sprawę, można mi zaufać.
Środowisko nadal jest trochę podzielone. Myślę, że jeszcze trochę czasu minie, zanim wszystko się uspokoi. Ja sam w rozmowach z Norwegami nadal mam w głowie, kto był w tej sprawie blisko.
Natomiast z mojej perspektywy jakoś się w tym odnalazłem. Na początku obawiałem się, że rozmowy z FIS czy Norwegami będą trudne, ale okazało się, że się da.
To była też dla mnie nauczka, że nie ma sensu bać się takich publikacji, bo konsekwencje nie są takie, z którymi nie da się poradzić.