Patryk Stec: Najpierw zapytam od strony reporterskiej. Byłeś na ostatnich zimowych igrzyskach olimpijskich. Jak wygląda taki dzień reportera na igrzyskach i czy on się czymś w ogóle różni od dnia reportera na innym evencie?
Paweł Kuwik: Igrzyska olimpijskie mają swoją specyfikę. Te igrzyska były też inne chociażby z tego powodu, że w zależności od tego, gdzie ekipa pracowała, takie miała zadania, bo akurat te igrzyska odbywały się w kilku miejscach. Byłem w Cortinie i pełniłem rolę częściowo eksperta, prezentera i reportera, więc też nie byłem codziennie od rana do wieczora tylko reporterem. Natomiast de facto ta praca nie różni się bardzo od tego, co robisz na innych eventach sportowych. To jest podobny rodzaj pracy. Oczywiście trochę różni się to, że środki bezpieczeństwa są bardziej zaawansowane, ale ja mogę powiedzieć bardziej o specyfice tego, jak w mojej firmie wygląda ta praca, bo ona się trochę różni w kontekście innych firm.
Jesteśmy firmą międzynarodową i każdy rynek, który pracuje przy dużej imprezie, w tym przy igrzyskach olimpijskich, jest częścią dużego międzynarodowego teamu. Czyli to nie jest tak, jakbyś pracował w telewizji stricte krajowej i był wysłany z Polski. My oczywiście jesteśmy teamem polskim, ale pracujemy w ramach dużej organizacji międzynarodowej i pracujemy w teamie międzynarodowym. To znaczy, że przez cały dzień pracujemy z kolegami z Francji, Włoch, Niemiec czy Wielkiej Brytanii. Tak zresztą wygląda to też na innych dużych eventach, jak wielkie szlemy tenisowe.
Każda arena igrzysk olimpijskich miała swojego producenta z naszej firmy i reportera, którego nazywamy reporterem hubowym, czyli takim międzynarodowym reporterem, który był tam na stałe przez dwa tygodnie i mógł pracować dla każdego rynku.
Czyli jak to działało w praktyce?
Jeżeli coś działo się w narciarstwie alpejskim, a ja nie mogłem tam pojechać, albo na saneczkach czy bobslejach nie mogłem być jako polski reporter, to i tak wiedziałem, że na stałe jest tam reporter międzynarodowy, wytypowany jeszcze przed igrzyskami, który po prostu obrabiał tę imprezę przez dwa tygodnie. Jeżeli ja jako rynek polski czegoś potrzebowałem, na przykład rozmowy z polskimi zawodnikami, to on zadawał im pytania po angielsku, a oni odpowiadali po polsku.
Każda arena była obstawiona przez naszego człowieka. Na skokach taką funkcję pełnił reporter polskiego rynku, ale pracował też dla innych rynków, jeśli było takie zapotrzebowanie. Jeżeli na przykład nie miałem czasu iść na saneczki czy bobsleje, a startowali tam nasi zawodnicy, to prosiłem koleżankę z Włoch albo kolegę z Niemiec, którzy robili za mnie wywiad dla naszego rynku. De facto nie było areny, na której nie mielibyśmy swojego reportera. To jest ta różnica, która odróżnia naszą organizację od telewizji stricte krajowych.
Pełniłeś też rolę producencką w trakcie tych igrzysk?
Producencko mniej, bardziej prezentersko-ekspercką. Na co dzień zajmuję się przede wszystkim produkcją, ale ponieważ też występuję, prowadzę studia tenisowe z wielkich szlemów, studia skokowe czy bywam reporterem na różnych eventach, to akurat tutaj decyzja była taka, żeby pełnić trochę inną rolę. Natomiast produkcyjnie przygotowywałem te igrzyska wcześniej.
No właśnie, jakie są największe wyzwania producenckie przy igrzyskach? Nie tylko tych, ale też na przykład takich jak Paryż, gdzie mamy kilkadziesiąt dyscyplin niemal jednocześnie.
Z punktu widzenia obrabiania tego w naszej organizacji największym wyzwaniem jest zbieranie wszystkich sygnałów z tych wszystkich miejsc do jednego źródła. My działamy jako nadawca, nadajemy z jednego centralnego hubu, więc wszystkie sygnały muszą spływać do jednego miejsca, gdzie są potem dystrybuowane po wszystkich rynkach, których jest kilkadziesiąt. I do tego musisz dołożyć lokalny komentarz.
Ponieważ mamy tak naprawdę każdą sekundę tych igrzysk, dbamy o to, żeby w zasadzie wszystko było skomentowane. Największe wyzwania są więc technologiczne. Po pierwsze, żeby to wszystko działało i muszę powiedzieć, że w Cortinie działało perfekcyjnie. A po drugie to są kwestie ramówkowe, czyli reagowanie na bieżąco na to, co się dzieje danego dnia igrzysk.
Oczywiście pewne rzeczy planujesz przed igrzyskami: co i kiedy pokazujesz, kiedy jest studio, kiedy wchodzisz i schodzisz z anteny. Natomiast nie jesteś w stanie wszystkiego zaplanować, bo w trakcie igrzysk wiele rzeczy dzieje się na bieżąco. Pojawiają się historie, które nagle dominują przekaz i musisz na bieżąco reagować antenowo. Czyli technologia plus szybka reakcja.
Załóżmy, mamy wydarzenie w Polsce, na przykład żużlowe Grand Prix. To też wysyłacie sygnał do takiego hubu?
To działa w ten sposób, że produkujemy sygnał na miejscu, a potem on trafia do centralnego hubu i stamtąd jest dystrybuowany na inne rynki.
To chyba były igrzyska, na których bardzo mocno było widać użycie dronów.
Tak, ale od razu trzeba powiedzieć, że sam sygnał z igrzysk jest produkowany przez OBS, czyli Olympic Broadcasting Services. My, jako nadawcy, bierzemy gotowy sygnał. To nie my produkujemy obraz z aren, tylko firma wynajęta do produkcji igrzysk. Ona bezpośrednio wysyła sygnał do broadcasterów. Natomiast faktycznie dronów było mnóstwo, byli specjalnie wyszkoleni operatorzy, którzy latali nimi z bardzo dużymi prędkościami, na przykład przy bobslejach czy w Alpach, i realizacyjnie robiło to ogromną różnicę.
Jeszcze jakieś nowinki rzuciły ci się w oczy na miejscu?
Na pewno kamer było dużo więcej niż normalnie, ale z takich naprawdę widocznych nowinek to właśnie drony, które były w zasadzie wszędzie, na każdej arenie.
Dobra, to zapytam od strony dziennikarskiej, może z perspektywy Polski. Co jest kluczowe w budowaniu narracji na igrzyskach?
Skupiasz się na dyscyplinach, które z punktu widzenia danego rynku generują największą oglądalność. W naszym przypadku to na przykład skoki narciarskie. Wiesz, że nawet pokazując treningi skoków możesz zrobić bardzo dobre wyniki, bo ludzie po prostu chcą to oglądać. Szczególnie kiedy pojawia się szansa medalowa. Dlatego koncentrujesz się na dyscyplinach z największym potencjałem medalowym i to obudowujesz narracyjnie. To jest kluczowe.
A jak sądzisz, z perspektywy dziennikarza, ale też producenta, jaka jest przyszłość igrzysk olimpijskich – zimowych i letnich?
Moim zdaniem igrzyska będą miały się świetnie. Te pokazały ogromne zainteresowanie i bardzo dobre wyniki oglądalności zarówno w telewizji, jak i w social mediach, praktycznie na całym świecie. Natomiast bardziej trzeba się zastanawiać nad przyszłością poszczególnych dyscyplin. Pojawiają się głosy, że w kolejnych igrzyskach mogą być ograniczane niektóre konkurencje, jak bobsleje czy saneczkarstwo, bo są bardzo drogie i uprawiane przez niewiele krajów. Z drugiej strony mówi się o nowych konkurencjach takich jak biegi przełajowe na nartach, które mają dać szansę krajom bez zimowego klimatu, np. państwom z Afryki. Same igrzyska jako wydarzenie mają się jednak bardzo dobrze.
Zmienia się też odbiorca sportu, mamy erę short contentu, TikToki, Reelsy. Jak nadawca dostosowuje się do młodego odbiorcy?
Na pewno bardzo mocno działamy w social mediach i w trakcie igrzysk robiliśmy to intensywnie, ale to jest naturalna odpowiedź na zmieniające się nawyki odbiorców. Staramy się też przyciągać młodszych widzów poprzez różne działania. Przykładem była współpraca z Dawidem Podsiadło podczas igrzysk w Paryżu – zaprosiliśmy go do współpracy, gdy był z nami w Paryżu, tworzył specjalne vlogi. To był sposób na poszerzenie widowni i dotarcie do trochę innej grupy odbiorców.
Jaki jest taki jeden moment tych zimowych igrzysk, który najbardziej zapamiętałeś? Taki, w którym sam uczestniczyłeś.
Myślę, że dla mnie osobiście, będąc w Cortinie przez dwa tygodnie, były to dwa złote medale Federiki Brignone. Byłem na Alpach i robiłem rywalizację alpejską jako reporter, kiedy startowała Maryna Gąsienica-Daniel i kiedy Brignone wygrywała w gigancie i supergigancie. To była niesamowita historia – zawodniczka po bardzo poważnej kontuzji wraca na igrzyska u siebie i zdobywa dwa złote medale olimpijskie. Dla mnie to zawsze będzie historia tych igrzysk.
A takie wydarzenie sportowe, które zdominowało igrzyska, niekoniecznie pozytywne?
Myślę, że na pewno historia związana z powrotem i kontuzją Lindsey Vonn, którą cały świat śledził przez kilka dni. Z polskiej perspektywy na pewno też trzy medale Kacpra Tomasiaka, zawodnika, którego jeszcze kilka miesięcy wcześniej praktycznie nikt nie znał. A globalnie bardzo mocna była też historia przegranego złota Malinina – jedziesz jako faworyt, wygrywasz program krótki z dużą przewagą, a potem nagle wszystko się sypie i spadasz na koniec stawki. To pokazuje, z jak ogromną presją trzeba mierzyć się na igrzyskach.